Powrót do poprzedniej strony

Opowiadania

Mirosław P. Jabłoński

"Chłopiec w jeziorze"

fragment opowiadania, które ukaże się w Nowej Fantastyce 5/2001

Strzałka manometru doszła do 200 atmosfer. Robert odczekał jeszcze chwilę, po czym zakręcił zawór butli, a odkręcił oba odpowietrzacze sprężarki i gdy powietrze z głośnym sykiem zeszło z jej cylindrów, wyłączył spalinowy silnik. Cisza zapadła wokół niego niczym dzwon nurkowy, odcinając go od świata. Po chwili ponownie zaczął słyszeć - ciche potrzaskiwanie pełgających płomyków ogniska, niezidentyfikowane leśne odgłosy, plusk towarzyszący rzucaniu się ryby w jeziorze, brzęczenie komarów...

Przykrył brezentem sprężarkę, wsunął pod nią brzegi płachty i wrócił do ogniska. Zakutana w śpiwór Magda nie poruszyła się na leżaku.
- Skończyłem - powiedział, jakby ten fakt mógł do niej nie dotrzeć; istotnie ostatnimi czasy nie był pewien, co do niej docierało, a co nie. - Zanurkujemy jutro przed południem.

Nie drgnęła, ale w duchu wzruszyła ramionami. On i ta jego Bursztynowa Komnata. Bersteinzimmer, jak mówiła, gdy chciała go zdenerwować. Dureń ubrdał sobie, że znajdzie to, czego nie znalazło kilka rządów i wywiadów Europy. Jak to facet; każdy z nich to kieszonkowy James Bond z kieszonkową manią wielkości.

Wyjątkowo myślał o tym samym - o tym, jak dwadzieścia lat temu spotkał Helmuta, wówczas osiemdziesięcioletniego byłego wehrmachtowca, który pokazał mu znikające w jeziorze szyny. "Das ist der Weg zum Bersteinzimmer." Robert o mało się wtedy nie roześmiał; miał dwadzieścia dwa lata, był na studenckim obozie i zawieruszył się nad to jezioro, bo zabłądził wracając z wyprawy na piwo. Wypił sześć butelek, więc piąte przez dziesiąte rozumiał, co tamten mówi do niego polsko-niemiecką gwarą. Wynikało z niej, że kiedy w kwietniu 1945 roku, na dziesięć dni przed kapitulacją Królewca, przyszedł rozkaz ewakuowania zbiorów mieszczącego się zamku muzeum, doktor Alfred Rohde, opiekun Bursztynowej Komnaty, najpierw wpadł w panikę, gdyż Bersteinzimmer już dawno ukrył "dla siebie", a potem - jako że do Berlina było daleko, a w Königsbergu słychać już było dudnienie radzieckich dział - spakował do metalowych skrzyń co tam jeszcze z wyposażenia muzeum zostało i 19 grudnia 1944 roku wyekspediował silnie eskortowanym pociągiem do Saksonii. Ze względu na ten podstęp, zapewniał Roberta Helmut, dr Rohde nie uciekł wraz z żoną przed Armią Czerwoną, choć wysłał do Niemiec dwoje dzieci. Führer, zapewnił Helmut, usiłując trzydzieści pięć lat po śmierci wodza Tysiącletniej Rzeszy oddać salut jego pamięci, nadal - mimo bliskiego końca wojny - miał długie ręce i Rohde zdążyłby jeszcze zapłacić głową za to oszustwo. Powiedziawszy to, niedoszły zdobywca świata wyciągnął do Roberta rękę po drobne. Robert wysupłał z kieszeni resztę z piwa, dowiedział się w zamian jak ma trafić do swego obozu, po powrocie opowiedział kumplom co go spotkało i niebawem zapomniał o wszystkim. Miał wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat, kończył studia, w kraju gotowało się jak w tyglu niedouczonego alchemika, a sam Robert zastanawiał się nad emigracją do Szwecji.

Nawet kiedy później przypominał sobie od czasu do czasu całe zdarzenie, to wyłącznie w tym celu, by zabawić tą anegdotą towarzystwo. Nie wierzył w ukryte skarby; Bursztynowa Komnata i Srebrny czy Złoty FON były dla niego mitycznymi białymi jednorożcami, widywanymi przez niektórych pijaków zamiast białych myszek.


Stali po kolana w jeziorze. Około dziesiątej rano woda była jeszcze chłodna. Mimo, iż w padających ukośnie promieniach słońca wydawała się przejrzysta, to przy dnie musiało być ciemno, więc oboje z Magdą mieli latarki. Robert pomógł żonie założyć na plecy aparat nurkowy, ale gdy chciał podociągać na niej pasy jacketu, Magda bez słowa odtrąciła jego ręce. Splunął do maski, roztarł plwocinę po szybce i przepłukał ją wodą. Założył maskę, odetchnął kilka razy przez automat, po czym wyjął go z ust i przewiesił przewód przez ramię.

- Gotowa?

Skinęła głową. Odeszli jeszcze kilka kroków w głąb jeziora i założyli płetwy. Na plecach odpłynęli ze dwadzieścia metrów, po czym Robert dał znak do zanurzenia. Unieśli w górę przewody inflatorów i wypuścili powietrze z kamizelek.

Zanurzali się w niewielkiej odległości od siebie, obserwując się uważnie i przedmuchując uszy. Na głębokości sześciu metrów Robert wskazał kierunek; obrócili się głowami w dół i wciąż schodząc niżej odnaleźli na dziesięciu metrach szyny wąskotorówki, której podkłady wynurzały się z mułu i biegly dalej na niskiej, na wpół zrujnowanej czy też przeżartej korozją estakadzie. Woda, najpierw jasnoniebieska, a potem modra, przybrała barwę żółto-brunatną, a jeszcze później burą. Poniżej piętnastu metrów, chociaż nadal widzieli na około trzy, cztery metry, Robert włączył latarkę. Dno opadało po kątem jakichś trzydziestu stopni, a coraz wyższa przez to estakada miała kilka stopni mniejsze nachylenie. Dwadzieścia pięć metrów. Mocny mrok, prawie ciemno. Gestem zapytał Magdę, czy wszystko w porządku. Pokazała OK. Ale nie było OK, bo przed nimi wyrosła nagle czarna, niewysoka betonowa ściana, a tory wnikały do tunelu - okrągłej sztolni może dwu i pół metrowej średnicy. Robert poświecił do wnętrza, ale promień utknął w ciemności po jakichś pięciu, sześciu metrach, nie ujawniając nic więcej poza skorodowanymi i pokrytymi szlamem szynami oraz wewnętrznymi ścianami kanału, które tworzyła stalowa rura. Nawet nie czuł specjalnej ekscytacji; chyba spodziewał się właśnie czegoś podobnego. Gestem dał znak żonie, żeby pokazała mu swój manometr. 170 atmosfer. On miał o dziesięć mniej. Mogli wpłynąć do tunelu. Był odpowiednio szeroki, a przy zachowaniu dużej ostrożności mogli... Nie, nie mogli. Wiedział o tym nawet wcześniej, zanim pokazał, że wpływają - w świetle latarki widział, że Magda pokręciła głową; widział jej oczy. Nie czekając na niego zaczęła się wynurzać, wpuszczając powietrze do kamizelki. Zrezygnowany ruszył za żoną, patrząc na wskazania komputera nurkowego.

Kiedy się wynurzył, Magda siedziała w płytkiej wodzie i zdejmowała płetwy. Spojrzał jej w twarz i przełknął uwagę o tym, że zbyt szybko wyszła na powierzchnię. Do wieczora nie odezwała się słowem, a na noc poszła spać do samochodu.

  

 Powrót do poprzedniej strony

copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon
puszon@uci.agh.edu.pl lub puszon@ggff.rpg.pl