Powrót do poprzedniej strony

Opowiadania

Opowiadanie w formacie RTF, spakowane PKZIPemTu znajdziesz krótką informację o autorze
i opowiadaniu zamieszczoną
w "W.A."

Część 1, Część 2, Część 3

Mirosław P. Jabłoński

"Duch Czasu"

 

część pierwsza


W głowie Roberta Crane zapaliło się czarne światło i mimo rozpaczliwych prób z jego strony nie dawało się wyłączyć. Płonęło intensywnym kirem, nie pozwalając Bobowi ani usnąć, ani nie spać, ani pogrążyć się w niebycie, ani istnieć na jawie, i trwało to tak długo, aż pomyślał że umarł, bo był ateistą i w związku z tym nie mógł liczyć ani na niebo, ani na piekło, ani na czyściec, tylko na zupełną czerń. Nawet nie był to ów Wszechświat wszechświatów, który napawał go takim lękiem, gdy o nim na trzeźwo dumał.

Teraz nie myślał, nie było go, a kiedy przyszedł do siebie to przekonał się, że żyje, że nie umarł i z tej radości dostał takiego kaca, katzenjammer vel kociokwik, że przez miesiąc kwiczał niczym samica gatunku thalarctos maritimus rżnięta przez trzydzieści dni i nocy na jutlandzkich, wiecznie zielonych łąkach, należących do reliktowego króla. Po upływie tego czasu włączył się Kmita.

- Klin klinem? - zaproponował Bobowi, znajdującemu się ciągle jeszcze in articulo mori.

- Non decet, przyjacielu - odparł Crane słabym głosem. -. Wiem, że potores bibuli media de nocte falerni oderunt porrecta negantem pocula, pijacy podnieceni falernem o północy już nie znoszą tego, kto odmawia podanego mu pucharu, ale nie przystoi, gdy wyruszam do Ziemi Świętej, do Wolnego Miasta Jerozolimy, w którym przebywa mój obrzezany przyjaciel, Aron Polnykamień, alias Podkładka. Zobaczę Ścianę Płaczu, jedyny ocalały fragment Drugiej Świątyni, odbudowanej i rozbudowanej przez Heroda I Wielkiego, po niszczycielskich działaniach Nabuchodonozora i restauracyjnych Zerubabela, których to wysiłków podjął się Herod, by ugłaskać nienawidzących go - jako poplecznika Rzymu i propagatora pogaństwa - Żydów. Był on mężem okrutnym, ale też niepospolitych talentów politycznych, bowiem dzięki przyjaźni z Markiem Antoniuszem został najpierw królem Judei, a po bitwie pod Akcjum na Morzu Jońskim, w której Antoniusz i Kleopatra dostali setne baty, zyskał łaski zwycięzcy Oktawiana, późniejszego Augusta.


Victoria ta, kładąc kres republice, uczyniła Oktawiana jednym władcą Rzymu, w którym wcześniej Cicero popierał go swymi mowami, a ganił w "Filipikach" rozwiązłego Marka Antoniusza; co czynił słusznie, gdyż ten triumwir dał się później wodzić za nos i fiuta egipskiej kurtyzanie.


Niestety,
Terra Sancta jest także świętą dla Arabów, którzy wierzą niezłomnie, iż skała znana z ofiary Abrahama jest tą samą, z której wniebowstąpienia doświadczył Mahomet, w związku z czym postawili tam ośmiokątny meczet Omara, Kubbet es-Sachra; a znów chrześcijanie mają obok swoją Golgotę. Czy więc w takim skondensowaniu świętości, walczących ze sobą o lepsze, może być spokój? Toż jest to świętość do trzeciej potęgi, świętsza od siebie samej.

- Well - powiedział Kmita. - Ty, niedowiarku, nie będziesz miał swego Damaszku. Fugas chrustas, Crane!

- Jestem zwolennikiem teologii śmierci Boga, czyli wyznawcą bezreligijnego, ateistycznego chrześcijaństwa Bonhoeffera, który postulował usunięcie roboczej hipotezy Boga z problematyki wiary, a zostawienie całej reszty tak jak jest, czyli był za etyczną interpretacją tradycyjnych pojęć biblijnych i całej dogmatyki Nowego Testamentu. Zauważ, iż zgadza się to doskonale z żydowską anegdotą o tym, jak to uczeń w chederze zażądał od mełameda, by mu Torę w jednym zdaniu objaśnił.

"Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe - miał oświadczyć święty mąż. - Reszta to komentarze".


Otóż jest to najprostsza prawda, której atoli nie sposób w życie wprowadzić, bowiem funkcjonuje także druga szkoła filozoficzna, antagonistyczny nurt Kalego (i krowy czarno-białej, mięsno-mlecznej), według jakiego wartościowanie uczynków bywa zależne od tego, KTO komu coś złego uczynił. Myślę, że na miejscu przekonam się, jak jest w istocie, i który z wielkich współczesnych prądów myśli ludzkiej zwycięża.

- Posiedźmy chwilę przed twoją wyprawą. To rosyjski zwyczaj, ale i my zawsze siedzimy. Nawet, jeżeli nigdzie nie wyjeżdżamy.

- Jesteś kazuistą, Kmita - powiedział Crane, siadając jednak posłusznie. - Kręcisz jak szewc kopytem. Albo jak mój przyjaciel Carlos swoim Pepitem. Dasz wiarę? Spotkałem faceta, który miał kutasa długiego i w prążki, zupełnie jak equus grevyi, czy też equus zebra, którą zabił i spopielił swym wykonanym z bambusa i liści palmowych myśliwcem ugandyjski pilot, późniejszy - bo post mortem - bohater narodowy. Jego przypalony nieco móżdżek, uwędzony w dymie bambusa arundinacea i liści musa sapientum, czyli przepysznego banana pizang, dostarczono w naturalnym naczyniu oraz z wszelkimi honorami, należnymi poległemu na służbie obrońcy granic, do Kampali, po czym zjedzono podczas rytualnych tańców na centralnym placu miasta.


W ten sposób niezłomny duch dzielnego lotnika wcielił się w innych oblatywaczy bananowo-bambusowych myśliwców nurkujących, a szczególnie w pułkownika Nimongę, przełożonego poległego na polu chwały. Co prawda, nie było to pole, a góra, dokładniej nawet góra Elgon, o wysokości czterech tysięcy trzystu dwudziestu jeden metrów nad poziom morza, znajdująca się na pograniczu kenijsko-ugandyjskim, ale miało to znaczenie o tyle, że z niewiadomych dla oficjalnych ugandyjskich czynników przyczyn, samolot rozbił się na kenijskim zboczu i w celu sprowadzenia gorącego dania do Kampali, trzeba było wysłać spory korpus ekspedycyjny, który
igni et ferro utorował sobie drogę do doczesnych, bohaterskich szczątków. Po czym, szarpany przez równie jak on dzielnych obrońców granic kenijskich, wrócił zdziesiątkowany do stolicy tak szybko, że móżdżek nie zdążył nawet wystygnąć!

Teraz więc bardzo była wszystkim potrzebna odwaga poległego lotnika-bohatera, bowiem hordy oburzonych naruszeniem umiłowanej granicy Kenijczyków stały pod miastem. Pułkownik Nimonga, naczelny dowódca Bambusowo-Bananowych Sił Powietrznych, w skrócie BBAF, zaproponował, by za sterami jego niezawodnych myśliwców usadzić konie (gdyż gdzieś wyczytał o podobnym postępie, tylko nie pamiętał tytułu dzieła), a poza tym doszedł do wniosku, iż pod względem doznań smakowych mózg konia, equus, nie ustępuje w niczym mózgowi lotnika, homo sapiens. Przemyślny fortel nie udał się jednak, bowiem użyte podczas pierwszej akcji przeciwko odwiecznemu nieprzyjacielowi konie, którym nie wpojono odpowiedniej dawki dyscypliny, pozjadały bananowe liście poszycia skrzydeł, przez co zmalała znacznie siła nośna na ich płatach i eskadry pospadały na łeb na szyję, i to - niestety - nie wrogą.

W ten prosty sposób wytrzebiono ostatnie konie i wówczas została jeszcze na Ziemi tylko kobyła konia Przewalskiego, equus przewalskii, przechowywana w jurcie przez jednego Mongoła i używana przez niego jako wierzchowiec, karmicielka, żona i kochanka; oraz koń mechaniczny, vulgo Pferdestä rke, alias horse power, vel cheval-vapeur.

"Vide cui fide!" - zakrzyknął na to prezydent Ugandy, doktor Tonga-Tonga, do struchlałego pułkownika Nimongi, po czym kazał tego ostatniego położyć na pędach rosnącego obok pałacu prezydenckiego młodego bambusa, co wykiełkował na miejscu lotniczej hekatomby.

Gdy pędy b. arundinacea pięknie się zazieleniły, a zdrajca Nimonga przestał drgać, ciało jego upieczono, pieczeń podzielono i rozdano na liściach banana pomiędzy rodzinę prezydencką oraz dostojników państwowych i wyższych od marszałka stopniem dowódców wojskowych.

Nadworny kucharz prezydenta, człek podłej kondycji, bo biały i porwany za młodu z kuchni hotelu "Savoy" w Paryżu, rozebrał Nimongę tak: szynka dla prezydenta, kutas i jaja dla prezydentowej, uda - w trzydziestu zgrabnych porcjach - dla bliższej i dalszej rodziny prezydenta, która na ucztę nadeszła z pobliskiego lasu; żylakowate łydki dla wyższych urzędników ministerialnych; nerki i wątroba dla ministra wojny, wielkiego opoja; kocioł przyprawionych majerankiem, majorana hortensis, flaków Nimongi dla obergeneralissimusa Morangi i jego licznej familii; skrzydełka i piersi Nimongi dla szesnastu córek doktora Tongi-Tongi; płucka na kwaśno dla generalissimusów Polandy i Pilandy, a resztę dla psów, co strzegły stolicy, nie pozwalając wejść do niej obcym wojskom. Natomiast mózg rzucono właśnie tym ostatnim, by Kenijczycy go zjedli, zarazili się zdradą i poszli oblegać swoje Nairobi - lecz i ten podstęp się nie udał.

Rozporządziwszy w ten sposób doczesnymi szczątkami Nimongi, nadworny kucharz prezydenta, niejaki Jean-Paul Baumonte, ukrył zaoszczędzone resztki pułkownika, by sprzedać je z zyskiem na czarnym rynku, jako cenioną przez wszystkich poddanych Tongi-Tongi koninę. Teraz staje się jasne, dlaczego takiej ekscytacji doznał bohaterski pilot na widok samotnego egzemplarza equus grevyi czy też equus zebra, pasącego się na zboczach Elgonu; a także znanym staje się powód, dla którego zapędził się za nim aż na kenijską stronę, gdzie prawdopodobnie został zestrzelony z wyrzutni orzechów kokosowych ziemia-powietrze.

- Przy tobie jestem najczystszej wody weredykiem - oburzył się kazuista Kmita. - Łżesz jak pies, canis familiaris, i nawet nie wiesz, jaka jest średnia długość życia mieszkańców Kenii i Ugandy.


- Razem? - zainteresował się Bob. - To chyba będzie ze trzydzieści cztery lata, bo tam dwunastoletni chłopcy idą bronić granic, zapłodniwszy uprzednio swe dwunastoletnie siostry i koleżanki, które umierają potem podczas porodu. Statystykę kraju zawyża doktor Tonga-Tonga, absolwent Sorbony i - co jest solą w oku prezydenta - także pani prezydentowa, która dożyła nieprzyzwoicie sędziwego wieku dwudziestu czterech lat, a więc posunęła się znacznie, a mimo to nie ma najmniejszego zamiaru owdowić Tongi-Tongi. Prezydent ma swój plan - chciałby pojąć nową żonę, taką dwunastoletnią, bo od ponad dekady pożycia z panią prezydentową znudziła mu się ona i mocno zdewaluowała w gorącym klimacie; pragnąłby ją zatem spożyć na uczcie weselnej w towarzystwie młodej małżonki.

- Myślę - powiedział ostrożnie Kmita - że byłaby to pocieszająca wiadomość dla naszego przyjaciela jarla Erika Johansona z Angmagssalik. Gdyby przeniósł się w sawanny Afryki, uchodziłby tam za współczesnego Matuzalema, żyjącego 969 lat dziada Noego. Późny wiek, a co za tym idzie spora łykowatość, czyniłaby go niejadalnym w oczach tubylców i widzę tylko jeden szkopuł takiego rozwiązania - musiałby z rzodkiewek, raphanus sativus, szpinaku, spinacia oleracea, i kiwi przerzucić się na banany, musa sapientum, oraz młode pędy bambusa, bambusa arundinacea. Ale za to - jakiż luz psychiczny! Długość już tylko jego obecnego życia przekraczałaby sumę średnich dla Kenii i Ugandy, a byłaby dwukrotnie wyższa od każdej z nich.

- Well, Kmita - powiedział Crane. - Myślę, że skoro rosyjskim obyczajem posiedziałem sobie przed drogą, to teraz możemy się napić strzemiennego!


-
Avanti! - powiedziała mademoiselle Yolanda Kucharski, pojawiając się w polu zainteresowania Crane'a, któremu się wydało, że na jej ciele i sukience dostrzega niewyraźne ślady czarno-białych pasków.

- Widziałaś się z Carlosem? - zapytał.


- Przelotnie.


Była to w istocie prawda, gdyż Carlos z Pepitem przelecieli ją kilkakroć w czasie, kiedy Bob potykał się z Herr Katzenjammerem na polach podwzgórza mózgowego. Po tej zwycięskiej walce Crane'owi pozostało jeszcze niewielkie drżenie rąk, spowodowane zaburzeniami w pracy ośrodkowego układu nerwowego, oraz zaczerwienione białka oczne. Dolegliwości te postanowił usunąć "klinem".


- Na Odyna! - chuchnął Bob donośnie, odstawiając kieliszek. - Wódka, którą przysłał mi jarl Erik Johanson z Angmagssalik, pędzona przez Eskimosów z resztek lodu polarnego i ptasiego gówna - nie wiem tylko czy alek,
alcidae, czy mew, laridae - smakuje tak, jak jej nazwa: Polar Vodka IG; przy czym skrót IG nie oznacza bynajmniej Industrie Getrieb, a Ice-Guano. To mi przypomina, że koncern IG Farben, własność rodaków mego ojca, produkował między innymi cyklon B, służący do dezynfekcji, dezynsekcji i deratyzacji, którym w ramach wniosku racjonalizatorskiego, zgłoszonego przez Heinricha Himmlera et consortes, eksterminowano obrzezanych rodaków mojego przyjaciela, Arona Feldsteina, alias Podkładki, współpracownika przy taśmie montażowej w zakładach w Biloxi. On podkładał, a ja pchałem i tak żeśmy pchali-podkładali i podkładali-pchali, aż się z tego zrobiło jakieś takie podpchadanie ogólne.

Poruszyliśmy tutaj sprawę ptactwa morskiego, dlatego chciałbym powyższe rozważania rozszerzyć o pingwiny, sphenisciformes. Otóż ptaszyska te występują, w przeciwieństwie do białych niedźwiedzi, na Antarktydzie, na wyspach oceanów południowej półkuli i w Patagonii - co niewątpliwie musiał zaobserwować wielki żeglarz James Cook, kapitan Jego Królewskiej Mości.

Mało tego, taki pingwin okularowiec, spheniscus demersus, zamieszkiwał zachodnie wybrzeże Afryki południowej, a aptenodytes patagonica - Ziemię Ognistą, wyspy Kergulena i Falklandy.

Podczas pierwszej wyprawy, w 1773 roku, Cook dotarł w pobliże obecnego antarktycznego wybrzeża Księżniczki Ranghildy; w czasie drugiej, po roku, przekroczył siedemdziesiąty równoleżnik na późniejszym Morzu Amundsena, a w trakcie trzeciej, w kolejnym roku, opłynął Horn. Musiał więc widzieć pingwiny, a niedźwiedzi ani śladu. Wskazywałoby to, według teorii Crane'ów, ojca i syna, iż bieguny już przynajmniej raz zamieniły się rolami, i pingwiny - które, jak dziś alki, umiały wówczas latać - zabrały się z północnym biegunem na południe, zaś thalarctos maritimus, jako ciężki z natury i nielotny, pozostał na dupie w Arktyce.


Za teorią ową przemawia postępowanie Amundsena, który osiągnął biegun południowy (umówmy się dla wygody, iż nadal będziemy go tak nazywać, chociaż udowodniłem wam biało na białym, że to nie ma sensu) o cztery tygodnie wyprzedzając Scotta, co z żałości zamarzł wśród lodów w drodze powrotnej. A potem Roald chciał zdobyć biegun północny (z powyższym zastrzeżeniem), bo gdy mówił w domu przy kolacji, iż tak naprawdę to za jednym zamachem zaliczył oba, śmiano się z niego bezczelnie; jak to w rodzinie.

Rozeźlony ruszył więc na podbój północy na statku "Maud" (to z braku w tamtych czasach "Nautilusa" o atomowym napędzie), zaś później przelatywał nad biegunem samolotem, by wreszcie, wraz z Umberto Nobilem, zawisnąć nad nim w sterowcu "Norge". Wisieli tam jak dwa nietoperze, chiroptera, rękoskrzydłe, wychyleni głowami w dół, i z tej pozycji patrząc, znowu nie było żadnej różnicy pomiędzy biegunem północnym a południowym, na którym - jak ci ze szkoły wiadomo - ludzie do góry nogami chodzą.

Włoch i Norweg wypatrywali oczy, ale wówczas nie było tam jeszcze białych niedźwiedzi, których obecne terytorium kurczy się tak szybko, iż postanowiły, biegając truchtem wokół ziemskiej osi, przyśpieszyć nieco jej bieg.

- To już mówiłeś - zaprotestowała Yolanda, potrząsając piersiami, by skierować rozmowę na inne tory. - Chciałabym wiedzieć, czy przydam ci się na coś w Jerozolimie? Miałeś się nad tym zastanowić.

- Myślę, że tak - powiedział Bob, gdy już byli w Wolnym Mieście. - Są sprawy, których mężczyzna z mężczyzną nie załatwi, choćby tamten był nawet pijanym Norwegiem in duplo. Przy tym zauważ, że Roald Amundsen należał do tej samej narodowości, a więc moja zbiorowa pederastia, tak niesłychanie bulwersująca moją matkę, Ullę Crane, de domo Nielsen, rasy czarno-białej, mięsno-mlecznej, podyktowana była w znacznym stopniu rozwijaniem teorii, dotyczącej losu polarnych niedźwiedzi z Nordkappu.

Muszę tu zauważyć, iż zdenerwowanie mojej matki (reszta jak wyżej), nie wynika bynajmniej z faktu, iżby mój okazjonalny homoseksualizm miała za gorszące wyuzdanie, albo za coś towarzysko niewłaściwego, a raczej z tej przyczyny, iż za zboczeńców uważa wszystkich in globo, którzy jej jednej, jedynej nie pożądają. Jako ostatnia prawdziwa kobieta ma do tego prawo, tak uważa, i nie wyłącza z grona swych ewentualnych kochanków także i mnie, in spe, że podobnie jak opuchłonogi król Edyp zajmę miejsce Lajosa Crane'a Starszego i będę ją ruchał. To logiczna konsekwencja przyjętego przez nią założenia. Jest więc, a priori, obrażona na wszystkich krótko- i długochujców, którzy nie dosyć na tym, że nie zabawiają się z nią, to jeszcze tracą siły, spermę i czas na jakieś myszowate pizdule, na Norwegów z Nordkappu i na białe niedźwiedzie.

- Bob Crane - powiedziała Yolanda, która leżąc na boku na hotelowym łóżku oparła się na łokciu, skutkiem czego piersi zjechały jej pod ramię; zaś Bobowi żołądek podjechał do gardła. - Jesteś wstrętnym pedałem, zoofilem i kazirodcą! Czy mam coś dodać?

- Mówisz dokładnie niczym moja matka, niedoszła Jokasta. Jeżeli chodzi o mnie, to lubię jeszcze analizm heteroseksualny. Gustował w nim i Tyberiusz Klaudiusz Nero, następca boskiego Oktawiana. Caius Iulius Caesar Octavianus - od 27 roku przed naszą erą także Augustus - spadkobierca wielkiego Cezara, zdobywca Rzymu i jeden z triumwirów w czasie, gdy za pomocą list proskrypcyjnych pozbywano się wielu wrogów, w tym i sławnego Cycerona, by za ich majątki uzyskać środki finansowe na walkę z Brutusem i jego poplecznikami; po Filippi władca Italii i prowincji zachodnich, a po Akcjum całego państwa, wobec braku męskiego potomka i za namową swojej małżonki, Liwii, zwrócił swe boskie i cesarskie spojrzenie na jej syna, Tyberiusza, którego uczynił wcześniej swym zięciem, i którego nienawidził serdecznie.

Miał i inne obiekty niechęci - troje dzieci byłego kolegi triumwira, Marka Antoniusza, spłodzone z tą egipską dziwką, Kleopatrą, wychowywała jego siostra Octavia; a i wcześniejszy pomiot wszetecznicy znad Nilu, Cezarion, pętał mu się jak duch ojca przed jowiszowym jego wzrokiem. Boski August nie wytrzymał zatem i kazał go wreszcie zgładzić, by mu ów nie psuł humoru swym kurewsko-cesarskim obliczem. Liwia - dzięki Kaliguli późniejsza boginka - bardzo orędowała za Tyberiuszem u swego małżonka, bo miała zamiar rządzić w imieniu syna tak, jak nie udawało się jej to in nomine małżonka.

Oktawian nie chciał przystać na podsuwanego mu nachalnie kandydata, mając go za człowieka słabego charakteru, tchórza i rozpustnika, jednak z braku lepszego laku zgodził się najpierw przyjąć pasierba do współrządów, a w niejaki czas potem usynowił go. W nagrodę został otruty przez Liwię, swą boską żonę, i Tyberius Claudius Nero rozpoczął kadłubowe rządy, kierowany światłymi radami mamusi, gotowej i jego otruć na najmniejszy znak niesubordynacji.


Orgie u Tyberiusza nie były ani bardziej, ani mniej wyuzdane niż u innych cesarzy; z jego pałacu w Rzymie, a później z rezydencji na Capri, skąd sprawował rządy za pośrednictwem swego faworyta, Sejana, wynoszono zwłoki niewolnic i niewolników zamęczonych przez niego w miłosno-sadystycznych zabawach równie często, co za panowania innych władców, na przykład jego następcy Kaliguli, czy późniejszego jeszcze Nerona; także samowola Tyberiuszowa nie wyrastała ponad przeciętność. Może wsławił się tym jedynie, że wprowadził procesy o obrazę majestatu, czyli siebie samego, i skazywał na wygnanie, śmierć oraz konfiskatę mienia wszystkich nieposłusznych, a bogatych. Pałeczkę przejął po nim właśnie Nero Claudius Caesar, wychowanek Seneki Młodszego, a bezpośredni następca fujary Klaudiusza, co jako porządny chłop trafił oczywiście na Messalinę. I tak oto jesteśmy w punkcie wyjścia mojej dygresji, a mianowicie przy stosunku analnym.

- Weź krem - powiedziała skromnie mademoiselle Yolanda.


Bob rączo spełnił jej polecenie i oglądając przepiękny
revers de la medaille dziewczyny, pokrył Yolandowy anus białą pianą filtru przeciwsłonecznego. A potem otworzył tylne wrota i wśliznął się w nią pomału, pomalutku, aż głośnym jękiem dała mu do zrozumienia, że najgorsze, ów karb żołędzi, ma już za sobą. Mademoiselle Kucharski wyciągnęła do tyłu rękę, ujęła dłonią członek Boba i stopniowo, metodycznie, regulując posuw uściskiem swych szczupłych palców, pozwalała mu zagłębić się w te nowe, zaklęte rewiry. Bob pożałował teraz, że - podobnie jak Carlos na swoim Pepicie - nie ma pomalowanych czarno-białych prążków rodem od spornej equus zebra, staranowanej myśliwcem z bambusa i palmowych liści na kenijskim zboczu góry Elgon, gdyż wygodniej byłoby mu teraz śledzić postępy zagłębiania się w Yolandę Kucharski.


A ona cofnęła nagle rękę, bo brakło dla niej miejsca, i Crane już bez żadnych pasków-kutasków widział jak na dłoni, iż tkwi w dziewczynie po same uszy.

I wówczas Robertus Craneus Iuvenis rozpoczął na tyłku słowiańskiej niewolnicy, sprowadzonej wraz z jantarem z kraju odległych puszcz i zimnego morza, swój taniec, któremu zawdzięczał przydomek zadysty, czyli zadniego artysty. Rżnął Yolandę długimi, posuwistymi ruchami, wychodząc z niej niemal cały, by tym gwałtowniej atakować ją swym karbem, co wbijał się w nią przy każdym pchnięciu niczym sęk podczas zjeżdżania okrakiem po nieheblowanej belce; a też i ona odpowiadała na to dźwiękiem, jaki wydaje z siebie pień soczystej, twardej sosny, pinus silvestris, gdy ją końmi z lasu przywiozą i żywą jeszcze w środku rzucą na traki.

Robertusowi Iuvenisowi zdawało się, iż jego wspaniały, twardy karb zdolny jest teraz pośród skalnych rozbryzgów granit kruszyć, podczas gdy boskie jądra uderzały miękko, ale i gwałtownie, o rozwarty srom Yolandowy, po którym spływał - niczym złota żywica - jej słodki, pachnący sok podniecenia, bólu i rozkoszy.

Bob czuł zbliżający się swój koniec, aż wytrysnął nagle na oślep, przed siebie, w głąb tajemniczych i mało zbadanych jaskiń, a wówczas spłakana, krzycząca w bolesnej męce i ekstazie Yolanda uciekła spod niego tak gwałtownie, że Crane'owi się zdawało, że mu przy tym wyrwała genitalia. Krzyknął dziko - i to było najrozkoszniejsze. I siedzieli tak, zaczerwienionymi twarzami zwróceni ku sobie, i trzymając się za własne przyrodzenia jęczeli głucho niczym dwa wirujące, metalowe bąki. Za nimi szumiała klimatyzacja, starając się usunąć nadmiar ciepła, wytworzonego w porubstwie przez rzymskiego patrycjusza i jego słowiańską niewolnicę.

Metalowe bąki wyczerpały wreszcie nagromadzoną w sobie przez posuwanie spiralnego pręta energię, i Bob powiedział:

- Czy wiesz jak się robi małe deseczki?

- Ja wiem - odezwał się Aron, włączywszy się w tym właśnie momencie, a może nawet nieco wcześniej. - Tak jak małe dziewczynki: rżnie się większe!

- Podglądałeś nas, ty obrzezany kutasie - stwierdził Crane. - Jesteś zwykłym, żydowskim, gołochujskim scoptofilem. Amen. A moja matka, Ulla Crane, de domo Nielsen, nie lubi takich na równi z onanistami, bo taki sam ma z nich pożytek, jak z mojego Crane'a Dosyć Małego, czyli Craneusa Minusculusa.


- Rzekłeś Cezarze, albo i Caesarze. A teraz pozwól, bym ja, nędzny Żydek, a nawet żydek właściwie czy pszenżydek, twój rab i niewolnik na równi z tą, którą na moich oczach i według miłej jej sercu oraz dolnym kanałom zasady, że einmal ist keinmal, chędożyłeś
in duplo, a nawet in triplo, i na dodatek in vim, czyli siłą oraz przemocą, a także inverso ordine, co się tłumaczy: w odwrotnym porządku, wyjaśnił ci znaczenie obrzezania, a potem - jeżeli nadal będziesz chciał zadawać się z Aronem Feldsteinem, vel Baronem Drecksteinem, alias Podkładką - dozwól mi, o boski Robertusie Craneusie Iuvenisie Caesarze zaprosić cię do mojego niegodnego ciebie domu, byś w łaskawości swej poznał moich rodzicieli - tych psów rzezanych; oraz moich braci i siostry, owych psich synów i psie córki, co już kością w gardle stali Herodowi I Wielkiemu, królowi Judei; a także, byś zobaczył resztki świątyni, postawionej na miejscu tej Salomonowej; i wreszcie, byś wyszedł z tego pieprzonego hotelu na skwar uliczny, a mamy dzisiaj ze sześćdziesiąt stopni w cieniu według z dawna już niesłusznej skali pana Celsjusza.


Ave Imperator! Bądź pozdrowiony razem z tą, co ku twemu boskiemu zadowoleniu daje ci od przodu i od tyłu! Witam w tobie także spadkobiercę Trzeciej Rzeszy, spadkobierczyni Pierwszej Rzeszy Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, i jak na apelplatzu podczas szwancparade okazuję ci swój panis oraz wyjaśniam, iż trzy są powody usuwania napletka: a to względy tradycji, by zadość się stało życzeniom przodków, co takimi samymi narządami płodzili nas częściej w męce i strachu niźli w rozkoszy; a to higieny, gdyż żyjąc w klimacie gorącym, pośród piasków pustyń bogatych we wszelkie drobne robactwo, mieszkając w namiotach i śpiąc pospołu z wielbłądami, camelidae, łacno można nabawić się obrzęku, bólu i zapalenia cewki, tak że ropa ciecze z człowieka niczym mlecz. I wreszcie powód trzeci, wydedukowany przez czarnuchów w Mali, lud niejakich Dogonów, inaczej Habba, którzy dokonują tego obrzędu tak na chłopcach, jak i na dziewczętach. Wiedz boski Cezarze, iż niemal cała czarna Afryka to obrzezańcy długochujcy, a ci Sudańczycy z okolic Bandiagara czynią to w myśl wyższych racji - uważają mianowicie, iż clitoris stanowi niepożądany element męski w kobiecym ciele - coś jak mały członek, który w sprzyjających ku temu warunkach osiągać może całkiem przyzwoite (czy raczej nieprzyzwoite) rozmiary; zaczym Dogoni amputują go. A znów napletek - przez podobieństwo wyglądu i funkcji do warg sromowych większych, stanowi czynnik żeński, którego przyszły wojownik musi się bezwzględnie pozbyć. Z tego więc punktu widzenia jesteście oboje - i ty boski Robertusie Craneusie, i ty niewolnico Yolando, służąca wszystkimi otworami swego ciała władcy świata - niemal hemarfrodytami. Wasza europejsko-anglosaska kultura poszukiwała na to zupełnie innego lekarstwa, preferując wyraźnie orgazm vaginalny ponad łechtaczkowy; choć to znów bardzo zależy od mody. Wiele jednak kobiet dotkniętych tą przykrą dolegliwością, że ich pochwy były jako te od mieczy czy szabel - zupełnie nieczułe - nie miały radości inaczej, niżby sobie same lub jedna drugiej ją sprawiły. I tu myślę o tych nieszczęśliwych kobietach spośród ludu sudańskiego Habba, które nie posiadając clitoris, nie miały też predyspozycji do vaginalnego orgazmu, iż nie było dla nich wyjścia.

- Ja - powiedziała mademoiselle Kucharski - przeżywam orgazm oralno-analno-vaginalno-łechtaczkowy.

- Well - odezwał się Crane. - To rzeczywiście godne pochwały. Czy my musimy jednak dokądś wychodzić?


- Ten hotel ma najdroższą klimatyzację. Zrobicie jak uważacie, ale na waszym miejscu zainteresowałbym się ceną. Na to nie stać nawet bezrobotnego.

- Czy tu się płaci zależnie od wydajności air-conditioning?

- U mnie zapłacicie połowę, no, powiedzmy: jedną trzecią, a komfort ten sam. No i pogadać będzie można o białych niedźwiedziach.

- To mnie przekonuje. Mój przyjaciel Kmita powiedział mi, że w jego kraju także okazjonalnie występowały białe misie, przeważnie w nastawionych na turystykę podgórskich miastach na południu, stanowiąc atrakcję fotograficzno-erotyczną dla panienek, a fotograficzno-familijną dla rodzin z dziećmi. Pisku i wrzasku było przy tym co niemiara, bowiem miąższem tego fenomenu przyrody oraz kultury był zwykle młody góral pędzony siwuchą. Muszę przyznać, iż zapaliłem się do zbadania przyczyn powstania tego niezwykłego rytuału folklorystycznego na czterdziestym dziewiątym równoleżniku, niestety jednak owe fałszywe egzemplarze thalarcti maritimi jako pierwsze zastosowały się do teorii Crane'ów, ojca i syna, i wyginęły; a to dla tej przyczyny, że młody góral napędzany samogonką nadzwyczaj źle znosił wzrastającą na zewnątrz włochatego pokrowca temperaturę.

Niedźwiedziej powłoki á la kombinezon kosmiczny - szytej domowym sposobem ze skór polskich owiec górskich, zwanych wrzosówkami - nie dało się wyprodukować z dwóch powodów: po pierwsze wymarły owce, a po drugie - poza dwoma wypadkami - rodacy Kmity nie latają w kosmos. Pierwszy incydent był - o ile wiem - za sprawą niejakiego Twardowskiego.


-
Tertium non datur - powiedział Aron. - Możecie zostać w hotelu, albo przenieść się do mnie. Trzeciego wyjścia nie ma, bez opieki zginiecie tutaj z kretesem. Tańszy pensjonat nie wchodzi w rachubę, bo za mniejsze pieniądze musi mieć podłą klimatyzację i każdy jego pokój, zwany szumnie apartamentem, działa nie jak lodówka, ale piekarnik.

Boski Robertus Iuvenis Caesar podniósł dłoń, uciszając tokującego Żydka, na którym zrobiło to takie wrażenie, jakby miał przed sobą równie boskiego Tyberiusza, czy też jego gorliwego namiestnika, Piłata z Pontu, piątego procuratora Judei, cierpiącego na migrenę i pozbawionego zarówno cudownego Tylenolu, jak i dostępu do angielskiego czasopisma "Migraine News".

Pontius Pilatus, którego siedzibą była Cezarea Nadmorska, zjeżdżał corocznie na żydowskie Święto Paschy do Jerozolimy, by własną osobą, i podległymi jej kohortami wojsk rzymskich, tłumić możliwe rozruchy i waśnie. Tak było przez ponad dziesięć lat, w czasie których siłą swego rozumu i zbrojnego ramienia czuwał nad opornymi poddanymi odległego i boskiego Tyberiusa Claudiusa Nero, obrabiającego na Capri tyłki pięknych niewolnic oraz niewolników, sprowadzanych ku jego przyjemności ze wszystkich odległych krain do Stolicy Świata.


W tym to czasie Herod Antypas, tetrarcha Galilei i Perei, odurzony tańcem i urodą swej pasierbicy, Salome, stał się zabójcą Jana Chrzciciela (co niepotrzebnie wtrącił nos w jego małżeńskie sprawy), a w 39 roku przyszło mu samemu położyć pod topór gniewu Kaliguli głowę, na którą usiłował uprzednio wdziać koronę.

Piłat Poncki, po rzezi sprawionej Samarytanom na górze Garizim, zapomniał z żalu wszystko, w tym także i jakiegoś przybłędę Jeszuę, który przyszedł z Galilei do Jeruszalaim podburzać lud w czasie święta i chciał zburzyć świątynię, oraz negował w swym prostackim zadufaniu wiecznotrwałość władzy cesarskiej, w tym szczególnie Tyberiuszowej; a pamiętał jedynie, po swym odwołaniu z Judei, tylko tego wściekłego psa Kajfasza, co słał na niego nieustające skargi do Rzymu, przewożone przez Sejana na Capri.

- Słysz, Kajfo - powiedział Robertus Biloxus - że nie ma specjalnych powodów, dla których białe niedźwiedzie nie mogłyby występować w kraju mojego przyjaciela, Johna Mortimera Woldcoka, to jest w Nowej Zelandii. Jest ona bardziej wysunięta na południe, w stronę Antarktydy, niż zachodnie wybrzeża południowej Afryki, gdzie dobrze się mają pingwiny okularowce, spheniscus demersus, a niemal tak samo położona jak Patagonia ze swym aptenodytes patagonica na czubku Ameryki Południowej. Jedynie zatem owej fatalnej nielotności thalarctorum maritimorum John Mortimer zawdzięcza, iż wśród Maorysów, merynosów i węży nie przechadzają się statecznie niedźwiedzie polarne. Myślę, że pewną przeszkodą jest także udowodniony przez bohaterów ruchu "Ostatni Mohikanin" fakt braku zainteresowania misiów owocami kiwi, jako środkiem spożywczym. John Mortimer Woldcok jest moim przyjacielem i partnerem do brydża, nie polecam mu zatem sprowadzenia na zarybek pary gatunku thalarctos maritimus, by nie skończyło się to tak, jak w wiecznie zielonej Jutlandii, skąd wywodzi się moja matka, Ulla Crane, de domo Nielsen, poddana reliktowego króla.


Kajfasz namyślał się w kącie swego pokoju, skubiąc koźlą, kręconą, rudą bródkę i spoglądając w roztargnieniu na Yolandę, głaszczącą od niechcenia swoją różową
clitoris. Widać po nim było, że chętnie by jej w tym pomógł.

- Jesteś poganinem, Robercie z Biloxi, synu pieprzonych anabaptystów, wyznawco Bonhoeffera, obecny biseksie i przyszły sodomito! Rzekłem! Jako poganin nienawidzisz nas, Żydów, mających silną religię i jednego, centralnego Boga, dzięki czemu nie rozpraszamy swych sił na pomniejsze bóstwa i bóstewka. Mamy jedną świątynię, a wspomniani przez ciebie Samarytanie, których twój duchowy praszczur wyrżnął w pień, byli jeszcze bardziej ortodoksyjni od nas, zaczym ze Starego Testamentu uznawali tylko Pięcioksiąg. Dzisiaj te psy mieszkają w okolicy Nablusu i Jaffy, ponieważ Dżebel et-Tor, ich święta góra w Samarii, napawa ich od czasów Piłata zbytnim lękiem.

Część 2

 Powrót do poprzedniej strony

copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon
puszon@uci.agh.edu.pl lub puszon@ggff.rpg.pl