|
Mirosław P. Jabłoński "Duch Czasu"
część trzecia
- Nic na to nie poradzę, Herr Obersturmfü hrer! Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a ja nawet nie jestem u siebie. Tak zresztą jak ta pańska paryżanka z Pińczowa, której vaginę pragnie pan umieścić na sztandarach zamiast Hackenkreuza. - A może z Czeskich Budziejowic, leżących przy ujściu Malsy do Wełtawy? Wyobraź sobie, że tam raz, w trzydziestym ósmym, nie wziął tromfowy as! A wiesz dlaczego? Bo naszym wspaniałym wojskom wystarczyło tyle czasu na zajęcie całego kraju, ile czterem graczom z Czeskich Budziejowic trzeba było do rozdania kart, licytacji i wistu! To się nazywa Blitzkrieg, co, Dreckstein?! Był, co prawda, jeden Pepik, który już dużo wcześniej widywał w Wełtawie czarne jaszczury, ale nie przeżył on owego 38 roku, więc i ty uważaj na to, co dostrzegasz. - Teraz widzę, że na starej piczy młodzież się ćwiczy - powiedział Aron, zwracając uwagę Crane'a na hotelowego pikolaka, który przyniósłszy oszronione butelki wody mineralnej zapomniał się tak dalece, iż nie otworzywszy ich, lazł na czworakach w swym szamerowanym złotem uniformie na mademoiselle Yolandę. - Daj mu kopa! - poradził Feldstein. - To Arab, który nie ma żadnego poszanowania dla narodowosocjalistycznych świętości, tylko chce rżnąć wszystko, co się rusza. Bob złapał szczeniaka za kark swoim mocniejszym, podobnym do chwytaka robota przemysłowego prawym ramieniem, i otworzywszy boyem drzwi zastosował się do rady Arona. Z cichym łoskotem złotych guzików o stopnie, pikolak zniknął poniżej podestu schodów pożarowych. - Dobra robota - pochwalił Podkładka. - To co, przeprowadzacie się do mnie? Powiódł przy tym znaczącym wzrokiem za Yolandą, która przeszła do łazienki. - Należałoby się zastanowić - powiedział profesor Robert Cranestein z uniwersytetu Princetown, New Jersey - ile kalorii ciepła dostało się do atmosfery na skutek ochłodzenia dwóch butelek wody mineralnej? Zakładając, iż miały one wcześniej temperaturę otoczenia, tak zwaną "pokojową", czyli jakieś pięćdziesiąt stopni według z dawna niesłusznej skali pana Celsjusza, a także iż ciepło właściwe szkła i wody jest porównywalne, dochodzę do wniosku, iż oziębienie litra wody do temperatury sześciu stopni powoduje odebranie ponad czterdziestu tysięcy kalorii, które - uwolnione do atmosfery - spowodują dalsze pustynnienie, stepowacenie, wysychanie, parowanie i opadanie igieł z drzew tajgi syberyjskej, gdzie śnieg pojawia się niekiedy jako anomalia pogodowa w rodzinnej okolicy Dziadka Mroza.
- Nie uczynię tego, bowiem do ich schłodzenia zużyto pewną ilość energii, której wyprodukowanie pociągnęło za sobą kolejny wydatek cieplny, a więc byłoby to z mojej strony czyste marnotrawstwo. To błędne koło, circulus vitiosus. Aby je przerwać, należałoby od dzisiaj zacząć się obchodzić bez lodówek, bez air-conditioning, bez silników spalinowych, nieprzerwanie produkujących ciepło i podgrzewających atmosferę - słowem bez chłodzenia w lecie i ogrzewania w zimie. Chociaż zimy tak naprawdę już nie ma i nawet mój przyjaciel, jarl Erik Johanson z Angmagssalik, tapla się wraz z niedźwiedziami i psami husky w ciepławej wodzie, płynącej z wiecznych lodowców. Wodą ową zamierza ogrzewać inspekty z rzodkiewkami, raphanus sativus, i w ten sposób jeszcze trochę wydłużyć sobie średnią życia do Matuzalemowego wieku pięćdziesięciu i pięciu lat. Zważ przy tym, iż nie od samych rzodkiewek to zależy, gdyż niedźwiedzie polarne nadal nie stały się jaroszami i chętnie zeżarłyby jarla Erika wraz z jego psami husky oraz saniami, jako że jarl Johanson - jak większość ludzi - posiada tę cenną w oczach misiów właściwość, iż przerabia w swym wnętrzu białko roślinne na zwierzęce, bardzo przez thalarctos maritimis poważane. - Ty również masz tę zaletę - zauważył Aron. - Cały jesteś niesymetrycznie zbudowanym pojemnikiem wysokogatunkowych polipeptydów i twój zoofilny stosunek z niedźwiedzicą polarną może skończyć się kolacją we dwoje, albo też zeżarty zostaniesz, zanim jeszcze rozpoczniesz grę wstępną! Zaś twoje niżej opuszczone prawe jądro stanie się smakowitą przekąską. Sam wiesz, iż zapraszając panienkę na rozbieraną randkę, trzeba ją najpierw nakarmić i napoić - najlepiej przy blasku świec i w drogiej restauracji - a dopiero później można liczyć z jej strony na rewanż. - Zrobię wszystko, jak powiedziałem! - zdenerwował się Bob. Obiecałem to mojej matce, Ulli Crane, de domo Nielsen, która już z wielkim trudem przełknęła pijanego marynarza z Nordkappu in duplo, i mam nadzieję, iż udławi się białą misicą. To postanowione.
- Wyjeżdżasz? - zainteresował się Bob, który nie miał ochoty na towarzystwo istniejącej na pewno gdzieś w zanadrzu Feldsteinowego domu siostry Arona lub Samarytanki z Nablusu. - Przeprowadzamy się do Podkładki - powiedziała Yolanda. - Jestem równie biegła w rachunkach jak ty i policzyłam, iż każda kaloria ciepła, wyssana z naszego apartamentu i wyemitowana na zewnątrz przez hotelową klimatyzację, jest dwa koma siedemdziesiąt trzy razy droższa, niż w domu Arona. Ubierz więc coś na swojego Craneusa Minusculusa, jako że wszędzie wokół rozpościera się Holly Land, i chodźmy. Yolandowy boy zniósł ich walizki na podjazd "Sonesty" i zniknął tak szybko, że Crane nie zdążyłby mu dokopać ani dać napiwku, gdyby chciał to uczynić. Było jednak tak gorąco, że ani pikolak, ani Bob nie myśleli o niczym - tego ostatniego nie zajmowały nawet białe niedźwiedzie, jego przyjaciele, Pińczów, Czeskie Budziejowice czy też Nowy Amsterdam. Pomyślał natomiast o krwawym księciu Alba, bo upał był tak wielki, iż Crane'owi zaczęło się majaczyć, że jest flamandzkim protestantem, płonącym na stosie rozpalonym własnoręcznie przez szlachetnie urodzonego Fernando Alvareza de Toledo. Miał kolldraeger Claes, zamieszkały w Damme, syna Sowizdrzała, i miał Karol V, cesarz rzymsko-niemiecki oraz król hiszpański, syna Filipa II. Syn węglarza miał swego przyjaciela, poczciwca Jagnuszka, i miał Filip II swą prawą rękę, Fernando de Toledo, księcia Alba. I stało się tak, że Filip II - kontynuując politykę świętej pamięci tatusia, don Carlosa (syna Filipa I Pięknego, co u niejakiego Hieronima van Aken z niderlandzkiego miasta 's-Hertogenbosch obrazy dla swej szlachetnej przyjemności zamawiał) - postanowił umocnić katolicyzm oraz absolutyzm na tych i tak już piszczących pod ręką inkwizycji ziemiach. Miał zatem i wcześniej mistrz Bosch wokół siebie możliwości do znakomitych studiów dla swych przerażających tryptyków, bowiem stosy płonęły i za cesarza Maksymiliana, i za Karola V; a i kołem łamano, i ćwiartowano, i pasy darto, i w smole pławiono. Mnożyły się procesy czarownic, które poddawano rozmaitym próbom oraz torturom, jako to picie wrzącego oleju lub - co równie przyjemne - ołowiu; wyjmowanie przedmiotów rozmaitych z tychże cieczy czy też rozciąganie podejrzanych, aż im członki ze stawów wychodziły, i to na stałe, czyniąc ich kalekami. Dominikanie setnie w tym miłym Chrystusowemu sercu procederze sekundowali władzy cesarskiej, uwijając się między ludem w swoich biało-czarnych - niczym krowia sierść - habitach. Słuchali święci mężowie, co w trawie piszczy; a tam, pomiędzy węglarzami, marynarzami, chłopami oraz rzemieślnikami wrzał gniew i zbierała się głucha nienawiść. Aż doszło do powstania i zmierzył się syn Claesowy z synem Karolowym, i stanął poczciwiec Jagnuszek przeciwko bezlitosnemu Ferdynandowi de Toledo, i krew się polała, czego już ani dumny konkwistador Cortes, ani skromny mistrz malarski, Hieronim van Aken, nie widzieli, gdyż obaj zmarli wcześniej nie znając się, choć byli ludźmi niepospolitymi, współczesnymi sobie i poddanymi jednego władcy. Robert Crane skwierczał sobie na stosie słonecznym podjazdu czterogwiazdkowej "Sonesty", w daremnym oczekiwaniu zapowiedzianej i zamówionej przez pikolaka taksówki. Prawdopodobnie boy zemścił się na nim w ten sposób i Bob nabierał przekonania, iż za życia nie dotrze do domu Feldsteinów, tak jak Dü rer - według Abisha - nie dojechał nigdy do Genewy. Współczesny Boschowi i Cranachowi, od którego Crane Starszy wywodził fałszywie swój ród, popierał Albrecht idee reformacji i Lutra osobiście, choć - w przeciwieństwie do Cranacha - nie był przyjacielem doktora Marcina o bystrym umyśle i ciężkich rysach twarzy; ani jego zażywnej małżonki, Katarzyny z domu Bohra, wypisz wymaluj podobnej do Ulli Crane, de domo Nielsen.
Nie mogło to również w niczym pomóc krewetkom, natantiae, zdychającym masowo nad brzegami wysychających gdzieniegdzie płytkich mórz. Jako Robertusa Biloxusa, miłośnika odmiany alfeusz, alpheush ruber, interesował go szczególnie los owych skorupiaków hodowanych w Zatoce Barataria, czterdzieści mil od Nowego Orleanu, którą archipelagi wbrew nazwie niewidocznych na mapie wysp - Grand i Grand Terre -oddzielały od wód tajemniczej Zatoki Meksykańskiej. Dwie butelki zimnej wody mineralnej wrzucone - czy też lepiej - wylane do Zatoki, nie mogły w zasadniczy sposób zmienić jej niekorzystnego bilansu cieplnego ani przynieść ulgi raczkom, które pomimo posiadania dziesięciu odnóży, nie kwapiły się do wspomożenia niedźwiedzi w ich polarnych wysiłkach, zmierzających do przyśpieszenia ruchu wirowego Ziemi. Wprost przeciwnie - kula ziemska, die Erdkugel, obracała się wciąż wolniej i opieszalej, zwiększając swą masę o kosmiczne pyły, ściągane przez zachłanną grawitację z mroźnych przestworzy. Warkocze śmieci, niczym ramiona galaktyki spiralnej, ciągnęły się wokół starego globu na wiele setek mil wokoło, zniewalając go swym równie niewyobrażalnie znikomym tarciem, jakim dla depczącego je w pędzie Guliwera było łaskotanie łapek mrówek, formicidae. Rosnąca bezwładność i nieustępliwe tarcie są kroplą drążącą kamień i cichą wodą rwącą brzegi - sterany globus nie obraca się bowiem w idealnej pustce, a w deszczu mikrometeorytów, cząstek wodoru, helu, jakichś zdefektowanych atomów ciężkich pierwiastków, pośród wolnych protonów i elektronów, daremnie poszukujących się w niezmierzonych przestrzeniach wszechświata, wśród porwanych jak pajęczyna linii sił pola magnetycznego Słońca i opadających piór upadłych aniołów. Wszystko to gargantuicznie głodna grawitacja ściąga na powierzchnię Ziemi, nie zdając sobie sprawy, jak każdy chciwiec, że się tym udławi. Że ani popychające ziemską oś niedźwiedzie polarne, ani pszczoły, apidae, machające zawzięcie i rozpaczliwie nadpalonymi przez słońce skrzydełkami, ani w końcu krewetki - gdy już zechcą ruszyć swe tyłki i pomaszerować do pomocy thalarctis maritimis, gdzie, taplając się w zaścielającej lody Arktyki letniej wodzie, zaczną łaskotać misie w pięty, by te przyśpieszyły swój marsz - nie uratują Ziemi, gdy ta - obżarta do nieprzytomności - stanie w swym pędzie i wystawi twarz do Słońca. Ocalałe życie, skupione wzdłuż terminatorów, dysząc będzie łapać ostatnie kęsy rozrzedzonego, parującego i uciekającego w przestrzeń kosmiczną powietrza. Zaczym nastąpi koniec świata, amen. W taksówce, w której zaczął natychmiast szczękać zębami, gdyż przeskok termiczny był tak wielki, Bob zauważył, że krople potu na twarzy i szyi Yolandowej zbierają się w dwa małe strumyczki, łączące się i znikające pomiędzy wydatnymi piersiami, po czym jej podniecający brzuch, jak wywoływana fotografia, ukazuje się spod przyklejającej się do niego sukienki. Za wyjątkiem trzech, czterech dni raz na miesiąc, mademoiselle Kucharski nie zwykła nosić bielizny, przeto widok stawał się coraz bardziej interesujący i Crane gapił się na to, usiłując powstrzymać wstrząsające nim dreszcze. Air-conditioner w samochodzie działał jednak na tyle sprawnie, że zanim dojechali na miejsce fotografia zbladła i całkiem wyschła, tracąc swój obraz niczym wypłowiały na nagrobnej płycie dagerotyp. Obieg cieplno-wodny przedstawiał się więc jak następuje - wodę mineralną ze źródła nalano do butelki, butelkę schłodzono, Bob i Yolanda krachelkę wypili, po czym ta - wypocona efektownie - wyparowała, a klimatyzacja usunęła parę na zewnątrz; opar, wznosząc się pod niebiosa, powinien skroplić się na niewiadomej, lecz ściśle warunkami termicznymi i barycznymi określonej wysokości, spaść w postaci deszczu i wsiąknąć w glebę, by wydobyto go potem - po wypłukaniu przezeń soli z wapiennych skał - w postaci wody mineralnej, przyniesionej przez hotelowego boya w ekscytująco oszronionej butelce. Tak to wyglądać miało w teorii, lecz ponieważ aurea praxis, sterilis theoria, przeto wyparowana woda podziewała się gdzieś bezpowrotnie, porywana prawdopodobnie przez wiatr słoneczny i nikt od dawna nie widział deszczu - co prostą jak highway drogą prowadziło do wyschnięcia rzek.
Feniksolodzy nie potrafili wytłumaczyć owej nieregularności odradzania się z popiołów inaczej, niż twierdząc, iż tak naprawdę istnieją co najmniej trzy święte, słoneczne ptaszki-ogniwaczki: a to zmartwychwstające co lat 500, 1460 i 1500; w związku z czym bałagan panował w feniksologii zupełnie nadzwyczajny. Obecne narodziny ptaka, za Robertusa Biloxusa, jeszcze bardziej pomieszały szyki uczonym.
Po czym zamilkł, gdyż wydało mu się, iż właśnie jest naocznym świadkiem odrodzenia się świętego ptaka - Aron, usiłujący na cześć przybyłych włączyć piecyk gazowy, stanął w aureoli ognia, niczym prorok Eliasz zastanawiający się, czy ma wsiąść do rydwanu słonecznego. Zaczym nastąpił huk, ogień zgasł, wóz płomienisty, wyrwawszy rurę i kawałek przymocowanej do niej ściany, zniknął za oknem, a Yolandzie podmuch zadarł sukienkę powyżej pępka. - Przepraszam - powiedział pobladły nieco Podkładka, traktujący incydent jako znak boży. - Chciałem dla was zagrzać ciulent, potrawę szabasową, ale jak widzieliście sami, zrobić tego niepodobna. Dziś jest właśnie sobota, ortodoksyjni Żydzi w owym dniu niczego nie robią, nie wolno im jeździć samochodami, za nic płacić, gotować ani nawet iść do kina. Ortodoksyjny Żyd może - a raczej musi - modlić się. Nie jestem ortodoksem, ale w Jerozolimie wszystko może się zdarzyć. Vide latający piecyk gazowy. Dawniej mieliśmy w domu piec kuchenny, kaflowy, z szabaśnikiem jak się patrzy. Ów szabaśnik Bóg po to nam dał, byśmy w piątek nagotowawszy, trzymali w nim jadło, które dzięki temu przez sobotę było ciepłe i zdatne do jedzenia. Choć jeśli ktoś nie chciał z tego dobrodziejstwa korzystać, mógł pościć do woli, zyskując tym większą miłość bożą. Tak i my uczynimy, gdyż nasz posiłek odleciał w zaświaty. - Raczej za ścianę - sprostowała Yolanda Trzeźwomyśląca. - Być może, klimatyzacja jest u ciebie istotnie dwa koma siedemdziesiąt trzy razy tańsza od hotelowej, ale dzięki tej dziurze w murze jakby nieco mniej skuteczna. Czy dzisiaj jacyś świątobliwi mężowie przyjdą usunąć awarię, zamurować ścianę i wstawić okno? Upał robi się tutaj taki, jak w twoim szabaśniku! - Wyłączę gaz, zamkniemy drzwi do kuchni, która nie będzie nam do jutra potrzebna, i jakoś przetrwamy. Chodźcie, poznacie moją rodzinę. Yolanda i Bob poznali rodziców Podkładki, mamełe i tatełe, tych psów rzezanych, a także dwóch braci i trzy siostry, tych psich synów i psie córki. Z okna przyjrzeli się Ścianie Płaczu, ostatniemu zachowanemu fragmentowi Drugiej Świątyni, postawionej na miejscu tej Salomonowej. Do zabytku owego przylegała szklana czy pleksiglasowa weranda, klimatyzowana, co pomimo panującego wszechwładnie upału, pozwalało wiernym modlić się tam w nakryciach głowy. - Well - powiedział Bob - Myślę, iż na dzisiaj starczy zwiedzania. Jako syn praktykujących anabaptystów powinienem chyba przejść przez Via Dolorosa, ale podejrzewam, że znajdując się w arabskiej części miasta, nie jest klimatyzowana. Zresztą, głupio jakoś zakładać air-conditioning na drodze krzyżowej, zwłaszcza że turystyka zdechła przed laty z upału jak wieloryb, cetacea, na piasku.
Podkładce przerwał łoskot, wyrywający z zawiasów drzwi do kuchni. Pocisk rakietowy z ręcznej wyrzutni przemknął milczkiem przez przedpokój, wybił dziurę w ścianie i zniknął w mroku klatki schodowej. - Co to? - Yolanda powiodła wzrokiem wzdłuż dalszego, domniemanego toru lotu skrzydlatej bomby.
- Aj, aj - odezwał się tatełe - Czy my znów będziemy spali przy otwartych drzwiach, Aron? - Może wrócimy do hotelu, mister Tatełe? - zainteresował się Bob. - W pańskim mieszkaniu zaczyna być gorąco i dosłownie, i w przenośni. Sądzę, iż nie ma tu nawet dwóch butelek chłodnej wody mineralnej, bowiem wraży pocisk przeszedł na wylot przez lodówkę, dokładnie pomiędzy półką z koszernym mięsem, a tą z naczyniami mlecznymi. Szczęściem dla was była to rakieta przeciwpancerna, która nie napotkawszy godnej siebie przeszkody (trudno bowiem za takową uznać niemal pustą - nie wymawiając! - lodówkę z cienkiej blachy) nie eksplodowała, gdyż w przeciwnym wypadku nastąpiłoby przemieszanie potraw mięsnych z mlecznymi - co odbyłoby się z wyraźną szkodą dla zbawienia pańskiej rodziny. Dixi.
- Jestem ateistą, biseksem i przyszłym sodomitą, ponieważ mam szczery zamiar wyruchać na stojaka, za piątaka, samicę gatunku thalarctos maritimus - sprostował Crane. - I chciałbym panu przypomnieć, mister Tatełe, iż Talmud poleca, by szczególnie uważać, aby nie urazić uczuć cudzoziemców; przeto Święta Księga zakazuje przypominać im o obcym pochodzeniu, a nawróconym grzesznikom wypominać ich dawne winy. W ogóle przestępstwa słowne, onaat dewarim, uważa się za cięższe, niż uszczerbki oraz szkody spowodowane w sprawach materialnych, czyli niźli onaat mamon. - Aj, aj! - cmoknął z podziwem tatełe Feldstein - Słowa twoje, synu, są mądre jakby wyszły z ust samego rabina Jerozolimy, który idzie zaraz za tym z Krakowa, i obiecuję ci, iż przez tydzień w synagodze będę zmawiał kaddisz za twą pomyślność. Co tam jeden kaddisz, trzy zmówię, ja i moi synowie, aby stary Jahwe dobrze usłyszał i zrozumiał o kogo mi chodzi. Podobnie jak ty brzydzę się genewat daat, czyli oszustwem, i dotrzymam słowa. Muszę ci przy tym w zaufaniu wyznać, że nasz Bóg posunął się znacznie, nie słyszy już wszystkich próśb, jakie do niego kierujemy i, co gorsza - nie spełnia ich. Nawet mezuza przybita do drzwi, mająca poświęcić dom, zapewnić błogosławieństwo i przypominać o stałej obecności Jahwe, nie ma już takiej skuteczności jak drzewiej. Vide rakietowy pocisk ppanc, który przewiercił drzwi wejściowe, jakby ich wcale nie chroniło słowo boże. Ale jak mówi modlitwa: "Alejnu leszabeach la-Adon hakol, winniśmy wychwalać Pana wszystkiego"! Amen! Milcząca mamełe, zawinięta w srebrno-czarną szatę i przypominająca w tym stroju lakierowane wieko od trumny, przyszła z pomocą mężowi, wystawiając z przestrzelonej lodówki naczynia, osmalone od podmuchu odrzutu rakiety.
- Sprawa ojcostwa jest zawsze bardzo pokrętna - ziewnęła mademoiselle Yolanda Kucharski. - Już starożytni twierdzili, że mater semper certa. Nie chciałabym spłycać mistycznego zagadnienia i sprowadzać religii do płaskiej trywialności stosunków męsko-damskich, ale tacy Trobriandczycy na przykład, lud papuasko-melanezyjski z koralowego archipelagu Wysp Trobrianda, położonego na północny wschód od Nowej Gwinei, są zupełnie nieświadomi wpływu mężczyzny na fakt poczęcia dziecka. Ojca określa się tam słowem tomakava, czyli obcy. Kraina ta byłaby edenem mężczyzn, arkadią bez alimentów i innych niepotrzebnych a komplikujących życie zobowiązań, gdyby nie istnienie zakorzenionej mocno instytucji małżeństwa, a co za tym idzie matrylinearnego sposobu spadkobrania, przekazywania rang i tytułów czy godności dziedzicznych, oraz magii. Dla dziecka, osobą ważniejszą od ojca-tomakavy, staje się brat matki, kadagu, a wieś stryja - jego własną wioską, czyli kada. W miarę rośnięcia i dojrzewania, związki dziecka z jego fizycznym rodzicielem rozluźniają się coraz bardziej - młody człowiek ma inny znak totemiczny, a wszelkiego rodzaju obowiązki, ograniczenia i racje godności osobistej łączą go z klanem rodzinnym matki, odgradzając od ojca.
- Aj, jak pani źle mówi, jak pani źle mówi! - mamełe była tak oburzona, że przez nieuwagę wrzuciła kotlet cielęcy do mleka i odruchowo oblizała palce. - Jesteśmy narodem wybranym i ten psubrat Locke wraz z Tolandem, Tindalem i - tfu! tfu! - Wolterem, nie zmienił tego! Bóg nas wybrał i doświadczył, byśmy zasłużyli na jego miłość. Cierpieliśmy... - Łatwiej jest cierpieć, niż pracować. Na ten przykład, wy handlowaliście podług tej zasady, iż lepsze deko geszeftu, niż kilo roboty. - W myśl Talmudu - powiedział Aron - grzeszną jest rzeczą wejść do sklepu i pytać o cenę jakiegoś artykułu, będąc z góry przekonanym, iż się go nie kupi. Pismo Święte wyklucza także wszelkie rodzaje fałszu, podstępu i nieuczciwych praktyk w interesach, wymaga natomiast skrupulatności oraz sumiennego wypełniania obowiązków tak przez sprzedającego, jak i nabywającego. Czyż zatem handel to nie cierpienie? Każdy z synów Izraela oscyluje ciągle pomiędzy Scyllą chęci szybkiego dorobienia się a Charybdą Talmudu i własnego sumienia. Ale ponieważ judaizm, nasza religia, uznaje możliwość swobodnego wyboru grzechu, jako nieuniknionego następstwa posiadania wolnej woli, przeto wyjaśnienie stosunku pomiędzy owym przewinieniem, a cierpieniem, jako karą, pozostawia do oceny sprawiedliwej oraz niezbadanej woli Boga. Rabbi Jannaj powiedział: "Nie jest w naszej mocy wyjaśnić pomyślność niegodziwych, ani cierpienia sprawiedliwych". Zresztą, grzech jest potrzebny, konieczny nawet; bez niego nie byłoby postępu - zło jest bowiem równie silnym motorem dziejów, co dobro. Vide konkwista, która nie z pragnienia uszczęśliwienia obcych ludów się wzięła, i nie z chęci poprawienia bytu własnych poddanych don Carlosa, ale z chciwości nieposkromionej i niedostatku mamony w szkatule, której brak wojen prowadzić nie dozwalał. Pozostając dla uproszczenia rozważań przy założeniu, że grzech - jako odstępstwo od narzuconych nam norm - jest zawsze i wszędzie złem, można wysnuć wniosek o dziejotwórczym znaczeniu niegodziwości w rozwoju ludzkości. Pod warunkiem jednak, iż podobnie jak w fizykalnej III zasadzie dynamiki Newtona, dla przeciwwagi do głosu dojdzie dobro; jako reakcja.
Ludzie, dwoje ludzi, utraciło dar nieśmiertelności i wiecznego zdrowia na rzecz powstania milionów chorych, zgorzkniałych i śmiertelnych, ale ciągle do czegoś dążących. Popełniona przewina, ciążąca nad ludzkością, popycha ją do odkupienia grzechu poprzez działanie. Rządzący historią człowieka Duch Dziejów, der Geschichtigeist, krzepko dzierży w garści wodze i co: hetta! powie i zrobi, to się zło dzieje; a co: wiśta!, to się ludzkość ku dobremu natęża - przez co też historia tak meandruje, niczym pijak od płota do płota, miast prosto do przodu rwać. To się zatrzyma dla odbycia wojny czy kampanii, to znów poskoczy w drugą stronę, gdzie jakiś suchotnik dzieło wiekopomne czy wynalazek na poddaszu kleci, który się znów na wojence przyda. I tak to leci dziesięcioleciami, stuleciami, tysiącleciami i eonami. A więc nic bez zła, które się z grzechu pierworodnego poczęło. Bóg nie ustanawiałby zakazów, gdyby się z ich złamaniem nie liczył. Przecież żadna mu frajda była dwojgiem posłusznych manekinów rządzić; przeto pokazał czego im nie wolno, a potem schował się w niebie, zasiadł przy peryskopie i kikując czekał, co też się będzie robiło? A i nie bez tego, żeby nie pokusił trochę, bo skoro my na Jego obraz i podobieństwo (albo, jako ty twierdzisz - vice versa), to i w Nim musiało tkwić nieco psotnej ciekawości - jakież to jest owo nowe Jego dzieło? Jak kto dynamit wymyśli, to go chce czym prędzej wybuchnąć, jak koła zębate, to palec w tryby pcha, jak wieczne pióro, to wiecznie donosy pisze na tych, co jemu na złość długopis w pocie czoła i z mozołem wykombinowali; tak i On. To nie szatan wcielił się w węża, ale szatańska część Boga; ta, z którą sam walczył, bo był dwoisty jak wszystko, czego się tknął. No i dopiął swego - poszturchał, postraszył, pokusił swoje pacynki, bo mu się już ckniło, że tak nic, tylko toto po ogrodzie łazi, owocami się napycha, klombów nie depcze, zieleń szanuje, psa nie kopnie, lwu kłów nie wybije i kudłów mu nie natarga, a i samicy, co mu ją dał, nie wychędoży jak przystało pierwszemu człowiekowi na Ziemi. I gdy tak dobry Bóg wpychał paluchy w tryby i wpychał, to wreszcie zadziałało! Toż się Bożysko uradowało i dalejże udawać wkurzonego, bo w swej dwoistości i trochę zły był, że jednak stworzył coś niedoskonałego, co poszło na lep jego pokus i pękło; i dalejże Archanioła Gabriela z mieczem ognistym na dół posyłać, by rozpędził tałatajstwo na cztery wiatry! - Es wird nicht so heiss gegessen, wie es gekocht wird - powiedział do siebie, i do Boga, Adam. - Nie tak gorące się je, jak ugotowano; co w wolnym tłumaczeniu brzmi bardziej adekwatnie do miejsca i sytuacji: nie taki diabeł straszny, jak go malują! I poszedł Adaś czynić zło, by później mógł robić dobro. Z filozoficznego więc punktu widzenia, mademoiselle Kucharski, pojawienie się Chrystusa i Mahometa - czy to osobiste stawiennictwo ich obu na ziemi, czy tylko per procura, jako mitów - spowodowano wiele nieszczęść; więcej zła niż dobra przyniosły ich nauki. Wystarczy przypatrzeć się wojnom religijnym. Nadmieniałem już o krucjatach, a można by jeszcze dużo powiedzieć o kontrreformacji i Świętej Inkwizycji oraz o Fernando Alvarezie de Toledo, księciu Alba, który we krwi utopił Niderlandy, tak żywo interesujące naszego przyjaciela. De Toledo doprowadził do ruiny gospodarczej podległe mu prowincje, których był namiestnikiem, czym ucieszył serdecznie swego protektora, Filipa II. Król był bowiem kamiennego serca i nie kochał nikogo, będąc doskonale świadom, iż nikt jego nie miłuje; na dodatek był melancholikiem, czy melankolikiem nawet, i flegmatykiem, a nadmiar pracy - gdyż całą ogromną monarchię pragnął na barkach jedynie o własnych siłach dźwigać, czemu też podołać nie był zdolen - trawił jego wątłe z natury ciało. Radosne twarze budziły we władcy obrzydzenie; nienawidził niderlandzkich kupców za zbytek i bogactwo, a szlachty za wesołość oraz śmiałe słowa, za fantazję, wigor i jowialność, której ani nie podzielał, ani nie rozumiał. Nic też mu milszym być nie mogło, jak upadek zasobnej krainy, niż głód i płacz, choroby i śmierć. Jakkolwiek za czasów cesarza Karola V inkwizycja papieska pogrzebała żywcem, spaliła na stosach, powiesiła oraz zamęczyła na różne wyszukane sposoby sto tysięcy chrześcijan, to Filipowi i tego było mało - postanowił wprowadzić w Niderlandach okrutniejszą jeszcze od papieskiej, inkwizycję hiszpańską. Według jej edyktów palić odtąd miano wszelkich heretyków, jeżeli nie odżegnają się od swej wiary, a jeśli staną się odszczepieńcami - wieszać jedynie. Kobiety i dziewczęta grzebane być miały za życia, a kat zobowiązany był tańczyć na ich grobach. Nie sprecyzowano jedynie, jaki to taniec choreograficznie będzie najsposobniejszy dla Czerwonego Księcia i najmilszy sercu Chrystusowemu. Jak więc widzicie, trudno imię "Jezus" czy "Mahomet" wymienić, by ktoś za to nie wziął po pysku. - Kiedy Poncjusz Piłat, w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika wyszedł wczesnym rankiem czternastego dnia miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda I Wielkiego - powiedział Mistrz Robert Johannowicz Cranow - z grubsza przynajmniej było wiadomo, kto oberwie po gębie. Jeruszalaim, zwane po arabsku Al-Kuds, już wrzało, nadchodziło przecież wraz z pierwszą wiosenną pełnią święto Paschy: pierwotnie czczone strzyżeniem owiec i ofiarą z jagnięcia, a po osiedleniu się Żydów w Palestynie, będące dniem zbioru jęczmienia i daru z pierwszego przaśnego placka, Chag ha-Macot; i to z powodu rok rocznie wybuchających zamieszek i niepokojów podczas jego siedem dni trwających obchodów, Pontius Pilatus zjeżdżał z Cezarei Nadmorskiej do znienawidzonego miasta.
Kilku przyjaciół czy uczniów, którzy chodzili za nim krok w krok - ale nie przestąpili, rzecz jasna, bramy pałacu Heroda, a to dla odczuwanej do tego nieprzepartej niechęci - zapamiętywało jego słowa lecz Jeszua wiedział, że pierwszy jego przyjaciel jako pierwszy wypaczy prawdę; dlatego powtarzał sobie w myślach wszystko, co wygarnie Piłatowi, gdyż z obecności skryby wnioskował, że rozmowa będzie protokołowana. Gdyby, nie daj Boże, coś złego mu się przytrafiło, to przynajmniej w ten pośredni sposób nauka jego trafi kiedyś do ludzi. Czas oczekiwania na procuratora zapełniał sobie wymyślając możliwe pytania namiestnika Caesara Tyberiusa Claudiusa Nero oraz przygotowując proste i błyskotliwe na nie odpowiedzi, tak by Piłatowi w pięty poszło.
- Dlaczego ty się nie pocisz? - zagadnął Piłat, i miało to rozładować atmosferę w równym stopniu, co późniejszy, utrwalony przez film i telewizję gest częstowania podłym papierosem przez śledczego na moment przed tym, jak przesłuchiwanemu zaczną wyłamywać palce czy zdzierać paznokcie. - Moje królestwo jest nie z tego świata - odparł Jeszua Ha-Nazri. Właściwego pytania w ogóle nie dosłyszał i Piłat doszedł do wniosku, że ma przed sobą wioskowego przygłupa, cierpiącego na manię religijną szaleńca. Gdzież to on się urodził? W jakimś Bet Lehem czy innej judejskiej dziurze. Jako namiestnik tych przeklętych ziem (och, gdybyż zwyciężył był wówczas w Galii Zaalpejskiej, nie znalazłby się tu nigdy!) miał o nim jak najgorsze zdanie - z musu wiedział, że to miejsce śmierci Racheli, żony Jakubowej i matki tego przeklętego plemienia, która wcale nie była takim jagnięciem, jak to sugerować miało jej hebrajskie imię. Bet Lehem to także miasto Dawidowe, miasto ich króla, a teraz i ten włóczęga przychodzi stamtąd z królestwem nie z tej ziemi! Bodajby go Jowisz poraził! Quod avertat Deus! - Czy to prawda - zapytał Piłat z Pontu, ocierając czoło połą płaszcza, stroną o kolorze krwawnika - że podczas wesela w mieście Kefar-Kana zamieniłeś sześć stągwi wody w wino i to tak przedniej jakości, jakby sam Belial porwał je z cesarskich piwnic na Capri? A możeś je istotnie ukradł - ty i twoi przyjaciele? W takim razie, do zarzutu o podburzanie spokojnego ludu przeciwko Sanhedrynowi i o głoszenie obrazoburczych poglądów, dojdzie jeszcze sprawa o zabór mienia - prywatnego, ale jednocześnie i cesarskiego! To dałoby się podciągnąć pod sabotaż na szkodę Rzymu oraz działanie na korzyść wrogów Imperium. A to już gardłowa rzecz, gdyż zagrożona w ten sposób została racja stanu. Pomyśl, Jeszua, wszak nie możesz odmówić boskiemu Tyberiuszowi Klaudiuszowi Neronowi prawa do używania wina dla jego szlachetnej przyjemności, co? Vina bibunt homines, animalia cetera fontes. Znasz łacinę, więc chociaż uważasz naszego wielkiego imperatora za bydlę, to jednak zgodzić się musisz, iż jest gadziną w ludzkim ciele. Item niemożliwe jest jego funkcjonowanie, podejmowanie dalekosiężnych decyzyj, rządzenie wielkim mocarstwem oraz każdym jego obywatelem z osobna - tak mną, jak i tobą - bez zasięgnięcia rady, opinii i pomocy w kielichu. Czas wypoczynku od spraw państwowych również bez wina obejść się nie może. Vina parant animos facintque caloribus aptos, cura fugit multo diluiturque mero, powiada poeta Owidiusz, i ma całkowitą rację. A zatem odpowiedz: czy kierując się chęcią szkodzenia Cesarstwu Rzymskiemu, a jego boskiemu władcy w szczególności, ukradłeś - sam lub ze wspólnikami - sześć beczek wina, będących prywatną własnością niejakiego Tyberiusa Claudiusa Nero, obywatela rzymskiego, czasowo zameldowanego na Capri, z zawodu, pochodzenia i wykształcenia Cezara? Jeśli tak, przyznaj się szczerze, wyjaw imiona i adresy swych plugawych towarzyszy, a kara twoja zostanie złagodzona. Przez wspólników rozumiem także i piwnicznych cesarskich, którzy przekupieni (jak mniemam), wydali wam wino. Trzeba ich zgładzić, by zatamować jego przeciek. Interesuje mnie również sposób transportu beczek z Capri do Palestyny. Mój nos mówi mi, że brały w tym udział te psy fenickie, które cholera nosi po całym świecie. Gadaj, Jeszua! "Czy on się upił? - zastanowił się przesłuchiwany. - I czy słońce,
paląc jego dyniastą głowę, doprowadziło go do obłędu, mieszając wino
i krew, tak że słyszy jeno łomot pulsu, dudniący niczym kroki centurionów po posadzce
pałacu Herodowego? Nie powinien pić od rana, i to w taki upał, bo ma już swoje lata i zużył
się mocno w służbie cesarskiej, więc Herzschlag trafić go może na moich oczach;
i ja temu winien będę przed światem i historią, iż piąty procurator Judei, podczas
pełnienia obowiązków służbowych, odejdzie w zaświaty po srebrzystym promieniu. Mnie
będą przyszłe pokolenia winić o spowodowanie śmierci Piłata z Pontu. Trzeba zatem ostrożnie!
Już widzę, iż przeliczyłem się, że zbyt wysoko ceniłem jego umysł
oraz inteligencję mniemając, iż będziemy rozmawiać jak filozof z filozofem; tymczasem
namiestnik ma mnie za pospolitego złodziejaszka lub jarmarcznego sztukmistrza i kuglarza, który mami
maluczkich, posługując się szalbierstwem albo/i przekupstwem. A gody kananejskie nie sprowadzały
się przecież do opilstwa choćby i najlepszym winem, falernem z cesarskich piwnic. Choć
to istotnie było wyśmienite. Ale nie o wino tam szło, ani nie to jest ważne, czy je sobie przywłaszczyłem,
czy z wody uczyniłem. Nie o to powinien mnie pytać procurator. Czy mam mu zatem powiedzieć o co,
czy też odpowiadać po prostu według własnego scenariusza na te kwestie, jakie sam wymyśliłem,
by w formie tak lubianych przez Rzymian dialogów, dać mu wykładnię nowej wiary?" copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon |