Powrót do poprzedniej strony

Opowiadania

Opowiadanie w formacie RTF, spakowane PKZIPemCzęść 1
Część 2 

Mirosław P. Jabłoński

ELEKTRYCZNE BANANY


część 1


Początek party u oskara, jednego z przyjęć mającego zwyczajowo zakończyć się wielką orgią lub pomniejszymi orgietkami, przebiegał standardowo. Jako pierwszy przybywał punktualnie plankton show businessu, debiutujący dopiero na salonach, a po owej mierzwie nadpływały statecznie płotki, od niedawna dostępujące zaszczytu zaproszeń. Ponury jak noc Gaspar Romeo Homer, wraz z rozpłomienioną i rozentuzjazmowaną Tonią u boku, potwierdzili tę regułę.

Powód złego humoru Gasa był prosty - panna Atkins otrzymała swą wymarzoną rolę w "Elektrycznych bananach" i z zapałem kameleona-neofity starała się teraz upodobnić do otoczenia gwiazd phan-movie. Iskrzącym się wzrokiem śledziła powolny napływ gości, popiskując czasem lub wydając znaczące "wow!" oraz wbijając boleśnie paznokcie w ramię swego towarzysza na znak najwyższego podniecenia oraz ekscytacji, wywołanej widokiem kogokolwiek ważniejszego w branży od nich. Znaczyło to, że piszczała i emitowała indiańskie okrzyki bez chwili przerwy. Dla odmiany, gdy dosyć wcześnie jak na niego pojawił się Reginald III Masturbanni z oszałamiająco rudą Clarissą van Delf, Tonia zamilkła i nie wydawała żadnych akustycznych oznak życia przez około czterdzieści sekund. Było to dosyć, by Gas zaniepokoił się o jej zdrowie.

Paznokcie miss Atkins, niczym zęby bullratlera, na stałe zagłębiły się w jego biceps. Clarissa i Reginald Trzeci, najwyraźniej przespawszy czy przebradziawiwszy cały boży dzionek nie wiedzieli, która jest godzina i dopiero pod wpływem zapadłej ciszy zorientowali się, że jak na swoją pozycję numer jeden przyszli ociupinę za wcześnie; na tyle wcześnie, że nawet gospodarz przyjęcia nie uznał jeszcze za stosowne pojawić się pomiędzy swoimi gośćmi. Nie było także nikogo choćby w przybliżeniu tak ważnego jak oni, by mógł do nich podejść i zagadać, ani też nikomu spośród artystycznej ławicy płoci nie udało się wypić czy zaćpać na tyle, by uznawszy się za równego supergwiazdorom walnąć na powitanie Reginalda w plecy, a Clarissę van Delf, pochodzącą z enklawy Elan-Fisher i nazywającą się naprawdę Marica Marcinkowic, uszczypnąć w tyłek.

Zanim wywołany zakłopotaniem sztuczny gwar zdążył wybuchnąć na nowo, stało się coś jeszcze bardziej dziwnego, aniżeli przedwczesne przybycie pary półbogów - oto w drzwiach sali pojawił się nuncjusz papieski, Martin Hernandes-Ochoya we własnej, czarno odzianej i przepasanej fioletową szarfą postaci. Cisza stała się jeszcze bardziej przejrzysta; nim jednak ktokolwiek zdołał się zastanowić, czy samozwańczy nuncjusz przybył na zaproszenie, czy też wdarł się tutaj, by in vim nawracać, wyświęcać i egzorcyzmować, już na spotkanie niezwykłego gościa szedł drobnym kroczkiem sam oskar Akido Yazumi. Nie mrugnąwszy nawet okiem w stronę zaskoczonych Clarissy i Reginalda przeszedł mimo nich i począł wylewnie witać się z prałatem. Reginaldowi Trzeciemu opadła szczęka, a pannie van Delf ramiączko skąpej sukni - dziewczyna zawsze tak reagowała, gdy czuła się zakłopotana.

Gaspar uwolnił zdrętwiałe ramię ze szponów miss Atkins i - by lepiej widzieć - usunął z kącików oczu łzy bólu. Tonia dyskretnie włożyła rękę do kieszeni jego spodni i przez materiał ścisnęła go za jądra - Gaspar otworzył nieinteligentnie usta, niczym wyjęta na brzeg złota rybka, i pozostał tak wstrzymując oddech. Z wrażenia.

Oskar, po wymianie grzeczności z nuncjuszem, odwrócił się do zastygłej we własne pomniki publiki.

- Ja powitać wasza serdecznie i przedstawić nowego w naszym gronie, kardynała mniejszego, nuncjusza papieskiego, Martineza Hernana-Ochoyę...

- Martina Hernadesa - poprawił odruchowo prałat.

- Hai! - zgodził się oskar jakby mieczem świsnął, i wszystkim się zdawało, że głowa nuncjusza powinna się była poturlać po posadzce. - Postaraj się być mili dla niego, choćby jego szef nie jest - zakończył Yazumi swą wyczerpującą cierpliwość słuchaczy przemowę.

Martin Hernades-Ochoya wykonał wokół siebie kilka dyskretnych znaków krzyża, mających bronić go przed przystępem złego, i opancerzywszy w ten sposób swą duszę, oraz ciało, ruszył dzielnie na spotkanie wpatrzonego weń stuokiego argusa. Nogi prałata plątały się nieco, ale to chyba dla krępującej jego ruchy szaty, a tłumek gości drgnął, niemile zaskoczony, i rozstąpił się skwapliwie nie chcąc narażać się na bezpośrednie starcie. Po kilku nieudanych próbach zbliżenia się do przeciwnika Martin Ochoya dotarł do przeciwległej ściany i zawrócił z gracją elektrycznego żółwia. Goście, rozbici teraz dla bezpieczeństwa w tyralierę, popatrywali nań czujnie, gotowi do nowych uników. Na wszystkich twarzach widział malujące się to samo pytanie, na które sam nie znajdował odpowiedzi - po jaką cholerę oskar zaprosił go na jedno ze swych przyjęć, które sławą dorównywały orgiom u Tyberiusza, oraz po kiego diabła on, kardynał mniejszy i nuncjusz papieski (cóż z tego, że samozwańczy) owo zaproszenie przyjął? Czy była to próba pojednania się Księstwa Hollywood z Nowym Watykanem? Czy oskar zamierza zaprzestać rozpustnego życia i innym go odmówi?

W sali nadal panowała cisza. Oparty o ścianę prałat zamknął oczy. Pewnie modlił się widząc, że zgotowano mu tutaj towarzyską golgotę - i Gasparowi zrobiło się go żal. Nie na tyle, oczywiście, by podejść i zagadać (bo i o czym, na Boga?!), ale jako człowiek również w pewnej mierze nieprzystosowany współczuł w sercu swoim doli kardynała mniejszego. Na obolałym ramieniu poczuł ponownie zaciskającą się dłoń i szarpnięciem usiłował je oswobodzić. Nie pomogło, uścisk wzmógł się jeszcze. Gas obrócił głowę mając zamiar zrugać Tonię od ostatnich, ale zamiast niej dostrzegł u swego boku, a poniżej ramienia, głowę oskara Yazumi. Jak z tego wyrozumiał, godzina cudów nie skończyła się jeszcze! Mały, żylasty człowieczek dźwignął nieomal Homera ponad podłogę i niosąc go w stronę podpartej nuncjuszem ściany, powiedział:

- Dobry, że przyszedłeś, Gas. Słyszałem byłem o tobie. Myślałem, że fajnie będzie, gdy poznasz mój gość. Potem pogadamy.

Unikając w ostatniej chwili zderzenia z prałatem, puścił wierzgającego nieco Gaspara i rzuciwszy go w ten sposób chrześcijaninowi na pożarcie oddalił się szybko swoim drobnym kroczkiem. Za spłoszonymi plecami Gasa sala wydała z siebie głębokie tchnienie ulgi. Rozległy się pierwsze szepty i śmieszki, a potem, zgodnie z przesuwającym się potencjometrem zadowolenia z powodu rozwiązania drażliwej sytuacji, gwar osiągnął normalny poziom. Gas, zdradzony i opuszczony przez wszystkich, chciał się obejrzeć w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy, ale w tym momencie nuncjusz podniósł powieki i ich spojrzenia spotkały się z trzaskiem w połowie drogi. Byli mniej więcej jednego wzrostu i w tym samym wieku. Nuncjusz zobaczył niebieskie jak bławatki, choć nieco zblazowane oczy wpatrujące się w niego z mieszaniną lęku oraz niechęci, zaś Homer wrażliwą duszą pseudoartysty dostrzegł zwątpienie oraz przedwczesną zgorzkniałość.

- Jestem Gaspar Romeo Homer - przedstawił się. - Scenarzysta filmowy. Nie wiem jak mam się zwracać do...

- Mów mi po prostu Martin - odrzekł Ochoya. - Nawet mój sekretarz nie nazywa mnie inaczej. Jesteś, oczywiście, ateistą, Gas? Postępowym, wyzwolonym, racjonalnym umysłem, obdarzonym na dodatek przekleństwem pewnego talentu, co? Niestety, tylko pewnego, za to z dużą domieszką goryczy, frustracji i nużącego przeintelektualizowania do smaku. Wydaje mi się, że widziałem kilka z twoich filmów. Nie znam się na pisaniu scenariuszy, ale mam wrażenie, że twoje intrygi były inteligentnie zbudowane...

- Dziękuję - powiedział Gas modląc się pod nosem do boga ateistów, by ktoś wybawił go od duchownej osoby; i gdzież, do diabła, podziała się Tonia?; uśmiechnął się. - Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o twoich kazaniach, Martin, ale nie słyszałem ani jednego.

- Nie mogłeś. Ja nie wygłaszam kazań. Jestem kimś w rodzaju urzędnika. Dyplomatą, osobą do nawiązywania stosunków oraz prowadzenia negocjacji pomiędzy Nowym Watykanem, a resztą świata. To nie jest łatwy dialog, zapewniam cię. Ale dawniej, owszem - prowadziłem duszpasterstwo.


- Gas, kochanie! - zaszczebiotało nagle za nim powietrze głosem Toni. - Gdybyś mnie potrzebował, to jestem z Sue i Aleckiem!

I nim Gaspar zdołał się uchwycić tego rzuconego niecelnie koła ratunkowego, Tonia odbiegła w inny kąt sali. Mimo, że właśnie teraz potrzebował jej jak nigdy dotąd!

- Jeżeli źle się czujesz w moim towarzystwie, Gas, to bardzo cię proszę... Nie krępuj się, tam chyba czekają na ciebie...

Głos Martina Ochoyi był spokojny i ciepły. Nie czuło się w nim poddania, ironii, rezygnacji czy złości. Chyba właśnie to przeważyło szalę. I jeszcze coś - chęć zrobienia tamtym na złość. A więc tak, zostawili go na pastwę papisty i teraz stojąc bezpiecznie z dala nabijają się z niego, doskonale bawiąc się jego kosztem! Ano, dobra, zobaczymy... Gestem, który widział na filmach, że stosuje się go wobec kobiet i osób duchownych, Gaspar ujął prałata pod czarny łokieć.

- Nie ma sprawy, Martin - powiedział. - Bardzo miło się z tobą gawędzi. Przejdźmy się trochę, zjedzmy coś, wypijmy... To chyba możesz, co?


Nuncjusz, zdumiony przemianą Homera, skinął tylko potulnie głową i dał się wieść przez salę pełną ludzi w najdziwniejszych strojach, którzy oswoili się już z jego obecnością; przyzwyczaili się w ten sposób, mianowicie, że nic sobie z niej nie robili. Jeszcze tylko nowo przybyli czynili zdumione miny nie wiedząc, czy strój nuncjusza nie jest po prostu przebraniem, ale inni puszczali do niego oko lub wykonywali inne przyjacielskie gesty, na które Ochoya odpowiadał wymuszonym niczym maska pośmiertna grymasem. Był to uśmiech; ale nawet on zamarł, gdy podeszli do stołu na tyle blisko, że okazało się, iż jedynym daniem, które ze względu na nieprowokujące kształty nuncjusz może wziąć do ust bez narażenia swej duszy na ogień piekielny, są solone orzeszki. Reszta potraw była mniej lub bardziej udatnie uformowana na obraz i podobieństwo tych anatomicznych elementów, które na co dzień odróżniają kobietę od mężczyzny - i vice versa.

Budulec, z jakiego wzniesiono owe erotokulinaria, był bardzo różny - ser, czekolada czy bażancie udko równie dobrze spełniały swą rolę. Tort marcepanowy, wzniesiony najwyraźniej na drucianym stelażu, wyobrażał naturalnej wielkości Wenus wynurzającą się z kąpieli różowego szampana. Ochoya zamknął bogobojnie oczy, usiłując trafić po omacku drżącą ręką do miseczki z fistaszkami. Przewrócił przy tym kilka sterczących ostro i zdecydowanie figurynek, a szeroki rękaw umaczał w otaczającym je majonezie. Gaspar postanowił miłosiernie interweniować - przesypał całą zawartość naczynia do przepastnej kieszeni nuncjuszowego stroju, a w spoconą dłoń wcisnął mu szampan w kieliszku o najmniej wyszukanym kształcie. Po czym wrócili pod ścianę.

- Twoi rodzice... - odetchnął kardynał.

- Jestem dzieckiem z probówki - przerwał mu pośpiesznie kłamstwem Gas widząc, że zanosi się na sądowanie przynależności oraz skłonności religijnych jego familii do n-tego pokolenia wstecz.

- Przykro mi.

- Mnie nie - zapewnił purpurata Gaspar. - W moim wieku daje to sporo luzu, rozumiesz co chcę powiedzieć? Nie czuję się niczym skrępowany...

- Skrępowany? - zdumiał się nuncjusz i wpakował do ust całą garść orzeszków. - Czy ktokolwiek ze zgromadzonych tutaj zna podobne uczucie? Nie mogę w to uwierzyć!

- Zostawmy to - powiedział zniechęcony Gaspar i rozejrzał się po sali poszukując wzrokiem zbawczej Toni.


Z kardynałem mniejszym nie mieli sobie chyba już nic więcej do powiedzenia.Toni nie było nigdzie widać, natomiast z nacechowanego szacunkiem falowania tłumu, w którym poruszało się coś bardzo zdecydowanego - a dla niepozornego wzrostu niewidocznego - wysnuł wniosek, iż w jego kierunku przemieszcza się sam oskar Hollywoodu, Akido Yazumi. Obawiając się, że może ponownie zostać zaciągnięty w towarzystwo jakiegoś raroga, Gaspar chciał uniknąć spotkania, ale oto już spod łokcia zwalistego operatora, prezentującego głośno zalety nowego obiektywu hydro-magnetycznego i tarasującego Gasowi drogę, spojrzały na niego z gadzią obojętnością skośne oczy oskara. Yazumi skinął na Homera palcem i odwróciwszy się zanurkował w tłum. Pojąwszy, że oto nadszedł ostatecznie moment, dla którego go tutaj zaproszono, Gas zgiął się w pół i podążył śladem oskara, poszerzając nieco łokciami pozostawiony przez tamtego w ludzkim mrowiu kilwater.

- Dobry, że cię znalazłem - odsapnął Yazumi, gdy rozsiedli się w jakimś bocznym gabinecie.


Jedną jego ścianę zastępował fantomatyczny obraz Fuji-jamy, transmitowany bez przerwy z kamery zainstalowanej kilkanaście kilometrów od podnóża wielkiej góry. Na pierwszym planie, stercząc ze ścian pokoju, łagodnie kołysały się gałęzie kwitnących (jakżeby inaczej!) wiśniowych drzew, dalej pasło się ryczące od czasu do czasu bydło, a powietrze skwierczało od upału i ptasiego jazgotu. W oddali ktoś przejechał na słonecznym rowerze i pomachał do kamery świadom jej obecności oraz potencjalnego obserwatora. Gaspar nie odważył się zapytać, czy to znajomy oskara; zastanowił się natomiast, ile też musiała kosztować Księstwo ta nostalgiczna zachcianka Yazumi. Obrazek, mimo iż zdejmowany na bieżąco z natury, miał w sobie coś z kiczowatości trójwymiarowych pocztówek; wrażenie owo rodziło się chyba na styku ultramarynowego nieba i sufitu, gdzie defilowały białe chmurki. Nie chmury, ale chmurki właśnie: wstrętnie barankowate cumulusy pogody pięknej.

Oskar zasiadł w jednym z ustawionych wachlarzowato na wprost projekcji foteli i Gas - rad nierad - klapnął obok mając wzrok wbity w landszaft.

- Piękne - świsnął po swojemu przez zaciśnięte wargi Yazumi.

- Tak - stwierdził Gaspar, którego od patrzenia na idylliczny obrazek rozbolały zęby.

- Chciałem z tobą pogadać, Gas - oskar wyrażał się najzupełniej poprawnie, choć ze swą japońską gwałtownością. - Jesteś teraz zajęty? Piszesz coś?

- Aissa Larson namawia mnie do współpracy przy kolejnym horrorze - skrzywił się Homer. - Nie wiem sam, czy to wezmę, pomysł nie bardzo mi się podoba - facet zamieszkuje u kobiety, która ma siostrę-bliźniaczkę. Przekonuje się, że to nieprawda, a tylko bohaterka cierpi na rozdwojenie jaźni; kiedy jednak w trakcie narkotycznego misterium, mającego w jego mniemaniu uleczyć chorobę, morduje w szale swą partnerkę, to okazuje się, że zabił ową jakoby nieistniejącą siostrę...

- Taaa... - mruknął oskar. - Trochę to przekombinowane.

Najwyraźniej również nie był oczarowany pomysłem.

- Mam dla ciebie lepszą propozycję, jak mi się zdaje. Przeglądałem ostatnio twoje dane i myślę, że byłbyś odpowiednim facetem. Filmy według twoich scenariuszy nie robią wielkiej kasy, bo są nieco za inteligentne, a mnie teraz właśnie chodzi o coś takiego - błyskotliwego, skomplikowanego, ale z polotem. Słowem - superprodukcja. Co byś powiedział, Gas o tym, by napisać scenariusz współczesnego filmu o próbie zamordowania papieża Bartolomeusa? Co?

- Uwieńczonej powodzeniem? - zapytał Gaspar. - Kto by to miał kręcić?

- Oczywiście, że udanej! - potwierdził Yazumi. - Ten facet nie od dziś działa mi na nerwy. Chciałbym chociaż w ten sposób utrzeć nosa świętemu bubkowi. A co do roboty, to myślałem powierzyć ją Moralesowi. Ma lekką rękę do takich rzeczy...

Gasparowi pociemniało w oczach. Jean-Paul Morales to jeden z najlepiej notowanych (a co za tym idzie - najwyżej płatnych!) reżyserów. Jego "Trzy kroki w mroku", "Masakra w Portofino" czy "Bien venue a la maison" były największymi hitami ostatnich lat. Teraz pracował nad epickim obrazem pod roboczym tytułem: "Nowe przygody Odysa, albo dlaczego seks interesuje małe dziewczynki", a skąpe wieści dochodzące od czasu do czasu z planu zdjęciowego elektryzowały filmowy światek. Morales miał zawsze najlepszy cast, a ilość dziewcząt kręcących się wokół ekipy i udających statystki przyprawiała o zawrót głowy. Jeżeli wielki Jean-Paul nie miał tego, czego (lub kogo) aktualnie potrzebował, to przerywał po prostu robotę i czekał tak długo, aż szefowie wytwórni, dla której pracował, dostarczą mu wymarzoną zabawkę. Klęli, grozili, prosili, ale w końcu załatwiali wszystko, co chciał. W branży nazwisko Moralesa znaczyło pewny sukces.

Gas poczuł miły zawrót głowy; tak przyjemny, że nawet nie zastanowił się, kudy jemu, szaraczkowi, do Moralesa?! Dla niego pisali najwięksi - Andreas De Mohl, Michael Yablonsky czy Rita Fontoni. By daleko nie szukać: dla "Nowych przygód Odysa..." skompilowali "Iliadę" i "Odyseę" Homera (tego prawdziwego) z "Ulissesem" Joyce`a, z jego "Dublińczykami" i "Przebudzeniem Finnegana" oraz "Lolitą" Nabokova. Już sam fakt, że to wszystko przeczytali dowodnie świadczył o tym, że są to osobowości ponadprzeciętne.

Nurzając się w kadzidle samouwielbienia, Gaspar pomyślał i o Toni - gdyby załatwił jej jakąś rólkę u Moralesa, oszalałaby ze szczęścia; nie mówiąc o tym, iż sama obietnica tejże odwiodłaby ją jak nic od "Elektrycznych bananów", które jemu najwyraźniej nie smakowały.

Yazumi zmarszczył swą żółtą maskę w coś, co z braku szerszego rozeznania Gaspar wziął za grymas bojowy szarżującego samuraja; był to uśmiech. Przyjazny.

- I co ty na to, Gas? - zapytał.

- Musz... muszę się zastanowić - wyjąkał Homer. - To spadło na mnie tak nagle... Nie wiem, czy podołam; temat jest trudny... Wie pan, ten bunkier Nowego Watykanu to nie jest plac Świętego Piotra w Rzymie - to istna forteca, nie da się tam wejść, ot, tak sobie. Odbywają się, oczywiście, regularne pielgrzymki wiernych, przyjmowane przez Bartolomeusa, ale przedsiębrane wówczas przez gwardię papieską środki ostrożności są chyba najostrzejsze na świecie; przeniknięcie zaś do Stolicy Apostolskiej w innym czasie jest zgoła niemożliwe. Przy czym rozumiem, że scenariusz nie ma powtarzać atomowego rozwiązania zastosowanego przez Bractwo Muzułmańskie?

- Trochę fajerwerków nie zaszkodzi - zdecydował oskar. - Zresztą Morales przepracuje twój tekst tak, by powstało kolejne arcydzieło zadowalające widzów; o to się nie martw. Będziecie współautorami, to chyba zaszczyt dla ciebie, co?

- Tak - potwierdził Gaspar głosem człowieka, któremu właśnie zdechła kura znosząca złote jaja.

Mógł być pewien, że po "przepracowaniu" nie pozna swego scenariusza, a jego nazwisko wypisane zostanie najmniejszymi literami - jako dostarczyciela pomysłu. Postanowił mocno nie dać się przynajmniej wykołować w sprawach finansowych, ale czas negocjacji jeszcze nie nadszedł.

- Wyobrażam to sobie mniej więcej tak - rozmarzył się oskar. - Ktoś, jakaś grupa ludzi, którym zależy na zgładzeniu papieża, wynajmuje zabójcę, najlepszego fachowca na rynku. Kontrakt jest oczywiście niebotycznie wysoki i zawodowiec pomimo początkowych oporów (już sam wymyślisz, czym spowodowanych), zgadza się. Potem przygotowania, jakieś trudności, jakaś dziewczyna i w końcu wielki finał. Co ty na to?

Gaspar przełknął nerwowo ślinę. Bardziej schematycznej fabuły nie powstydziłby się nawet Ryan LaQuirra, autor "Elektrycznych bananów", a wiadomo przecież, że ten facet wiele potrafił! Myśl o tym alfonsiaku spowodowała, iż przy słowie "dziewczyna" Gas wspomniał o Toni i zaczerwienił się. Dla tej jednej sprawy warto chyba było spróbować. Oskar, stosując się do zasady, że cierpliwemu wszystko przychodzi na czas, czekał niezmordowanie na odpowiedź.

- Zasadniczo to dobry pomysł - odparł Gaspar Romeo ostrożnie - a moje obiekcje biorą się stąd, że chciałbym rzetelnie wykonać pracę. Do tego zaś potrzebna jest dokumentacja, czyli wyjazd tam, na miejsce...

- Hai! - zakrzyknął oskar. - Dlatego właśnie poznałem cię z tym rybowatym nuncjuszem. On ci to ułatwi. Zaprzyjaźnij się z nim, odwiedź go, na pewno jest samotny... Czy ja wiem, co jeszcze..? Zdaje się, że dobrze się wam rozmawiało. Nie wymagam, abyś stał się praktykującym katolikiem, ale na pewne ustępstwa pójść chyba możesz? Jak sądzisz?

- Myślę, że tak - potwierdził Gas, chociaż rola tajnego agenta, wkradającego się podstępem w cudze łaski i zdobywającego w ten sposób zaufanie podobnej co Hernandes-Ochoya ofermy, nie do końca mu odpowiadała.

Winą za to obarczał swe idiotycznie dobre wychowanie, które pozostawiło mu w duszy podobne zadry, przeszkadzające w robieniu kariery.
- No, to załatwione - stwierdził z dającym się wyczuć zadowoleniem Yazumi. - Wpadnij jutro do wytwórni, to podpiszemy kontrakt. Zaliczka w wysokości 25% płatna w dwóch ratach - 10 przy podpisaniu umowy i 15 kiedy dostarczysz konspekt. Reszta przy realizacji plus 2% od wpływów. Myślę, że cię to zadowala?

Oszołomiony Gaspar nazbyt energicznie skinął głową; po raz drugi dzisiaj został kupiony. Mimo to odważył się zadać pytanie.

- Dlaczego właśnie ja? - zainteresował się poniewczasie. - Czemu nie wybrał pan de Mohla albo Yablonsky`ego?


- Ty dobry scenariusz, ty się nadać - oskar Yazumi skrył się za swoją oficjalnie używaną angielszczyzną, w której nie było miejsca na subtelne różnice pomiędzy rzeczownikami "scenariusz" i "scenarzysta". - Być O.K.

- Chyba być... - zgodził się Gas.

W pokoju pojawiła się nagle mała dziewczynka ubrana w białe kimono - tak naprawdę stała na wprost kamery, pośród łąki rozpościerającej się u stóp Fuji-jamy. Dziecko pomachało ręką i zaczęło mówić coś bardzo szybko po japońsku. Yazumi wysłuchał uważnie wieści, ale nic nie odpowiedział.

- To moja wnuczka - zwrócił się do Gaspara. - Czekam na ciebie jutro w biurze.

Kiedy pole głuszące zamykało się za wychodzącym "scenariuszem", usłyszał on jeszcze odgłosy przypominające cięcie i rąbanie drzewa - to oskar przemówił do dziewczynki w rodzimym języku.

Przyjdź! Zobacz! Oniemiej! Nowy, rewelacyjny, bulwersujący, obrazoburczy i ekscytujący film Alvareza de Suzuki, pod tytułem "Spowiedź dziecięcia XXIII wieku"! Promiskuityzm, przemoc, pedofilia na porządku dziennym. Kapłanki kultu fallicznego! Musisz to koniecznie zobaczyć! W rolach głównych twoje ulubione nastoletnie gwiazdy: Torrero Lansky, Samantha Delon i Amalia van Damm! Zobacz świat, w jakim będziesz żył! Produkcja: Phantom Picture. Color by PhanColor.

Sprawozdanie kardynała mniejszego, Martina Hernandesa-Ochoyi sprawiło, że papieżem Bartolomeusem owładnęły mieszane uczucia. Pod tekstem, stanowiącym wierny - jak to Ojciec Święty wiedział z doświadczenia - zapis wypadków na party u oskara najwyraźniej coś się kryło. Sam autor najpewniej nie zdawał sobie sprawy z tego utajonego sensu, który przedostał się jednak do raportu za sprawą czujnej, rzymsko-katolickiej podświadomości. Nawet toporny charakter pisma niejakiego Fung Fu Johnsona, postaci wielce podejrzanej i nie wiadomo dla jakich przyczyn wyniesionej do godności sekretarza nuncjatury (Bartolomeus rad był, że Ochoya opłaca indywiduum z własnej kieszeni, nie narażając na uszczerbek zasobów Banku Ambrosiano) nie mógł zamaskować podskórnego drżenia, przenikającego wysoce wysublimowaną duszę nuncjusza. By dowiedzieć się, co spowodowało ów egzystencjalny dygot, papież - acz niechętnie - udał się do Sekcji Cudów Kontrolowanych, gdzie znajdował się Middle Power Prophetic Computer - komputer jasnowidzący średniej mocy.

Opory Bartolomeusa przed tym krokiem nie wynikały z niechęci wobec maszyny, ale obsługującego ją brata programisty, utożsamiającego się z racji swej funkcji rozdawcy przepowiedni z reinkarnacją któregoś z proroków Starego Testamentu. Papież nie był pewien, co powinien uczynić w tej sprawie; wiedział jednak, że prędzej czy później będzie musiał coś zrobić, bowiem tak jawne odstępstwo i przyznawanie się do podlegania pogańskim religiom Wschodu nie mogło pozostać bez reakcji ze strony zwierzchnika Jedynego Kościoła. Wszak Drugi Sobór w Konstantynopolu już w 553 roku uznał ponowne wcielenie duszy za herezję pomimo tego, iż Stary oraz Nowy Testament zawierają liczne opisy tego zjawiska. Problem nie był błahy, mogąc zawsze dostarczyć argumentów politycznym przeciwnikom - męczyło to Bartolomeusa, w związku z czym starał się jak najmniej korzystać z usług brata programisty oraz jego jasnowidzącej machiny i udawać, że ich w ogóle na terenie Nowego Watykanu nie ma. Od czasu do czasu zmuszany jednak bywał do spojrzenia prawdzie w oczy - jak choćby dziś właśnie - i z tego powodu papież popadł zaraz po porannych modłach w zły humor.

Jego prywatna winda była zepsuta od Dnia Pokuty, ruszył zatem do ogólnego dźwigu. Bartolomeus zajmował w Nowym Watykanie apartamenty byłego głównodowodzącego bunkra, umiejscowiony centralnie wobec najważniejszych sekcji, co powodowało - wbrew zamierzeniom - iż wszędzie miał równie daleko. Papież nie lubił tych wypraw, bo trwały nadspodziewanie długo - co i rusz jakaś ciemna, zakapturzona postać przypadała do jego dłoni w namiętnym, łaskoczącym pocałunku; zasię częściej go widujący, a więc mniej na owe karesy zachłanni księża oraz zakonnicy stawali na baczność pod ścianami na podawany znikąd okrzyk "Przejście!", wpatrując się weń z tępym zachwytem mającym symbolizować miłość oraz bezgraniczne oddanie. Z oddali, do uszu papieża dochodził świst batogów włóczących się samopas biczowników, a Bracia Żebrzący, potrząsając metalowymi puszkami na datki, czynili trudny do zniesienia hałas - zbierali stare scalaki i nikomu niepotrzebne chipy, zamierzając zbudować z nich elektronicznego Boga.

Odtrąciwszy ze zniecierpliwieniem ostatniego z zagradzających mu drogę, starego turlipona syczącego do papieskiego ucha z ekstatycznym pośpiechem te same co zwykle bezeceństwa, których dokonywał jakoby w każdą niedzielę za czasów swej młodości, wstąpił Bartolomeus własną swą osobą do Sekcji Cudów Kontrolowanych.

Brata programisty nie było na posterunku, natomiast komputer jasnowidzący odezwał się na jego powitanie głosem Marylin Monroe, zaprojektowanym jeszcze przez poprzednich użytkowników maszyny.

- Przewidziałam, że przyjdziesz mnie dzisiaj odwiedzić, Ojcze Święty! Czekałam na ciebie od rana...

Głos był kusicielski i Bartolomeus skrzywił się z niesmakiem. Wielokroć już prosił, a nawet rozkazywał, przeprogramować urządzenie tak, by odzywało się bardziej temu miejscu przystojącym głosem; na przykład któregoś z wielkich poprzedników Bartolomeusowych, albo chociażby jakiegoś filozofa teologii - ponieważ jednak zachodził tutaj tak rzadko, przeto wojujący z nim od dłuższego czasu brat programista nie czuł się zobowiązany do subordynacji. Middle Power Prophetic Computer traktował jak prywatną własność, a Bartolomeus podejrzewał nawet, iż jako swą platoniczna kochankę - stąd brać się musiał upór duchownego informatyka. Po raz kolejny papież postanowił definitywnie rozstrzygnąć tę sprawę właśnie dzisiaj. Podszedł do komputera i wyłączył dźwięk. Na ekranie pojawił się od razu napis.

- To także przewidziałam. To, że mnie wyłączysz.

Bartolomeus wzruszył ramionami i usiadł na obrotowym fotelu. Pobujał się w prawo i w lewo.

- Bracie programisto! - zawołał cicho.

"Poszedł po kanapki i kawę" - poinformowała maszyna zielonymi literami. - "Będzie dopiero za pięć minut, bo potknie się po drodze, wszystko upuści i wróci do automatu po nową porcję. Jak przyjdzie, będzie zły" - ostrzegł usłużnie papieża MPPC.

Bartolomeus nie wiedział, czy komputer robi to z zaprogramowanego obowiązku, czy z "własnej woli". Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, by maszyna go "lubiła". Ponadto, musiała chyba być świadoma jego zamiarów, choć jej samej było prawdopodobnie obojętne, czyim głosem przemawia? A może nie? Może czerpała jakieś prywatne, elektroniczne korzyści z uwodzenia brata programisty i wiedziała, iż przemawiając doń zrekonstruowanym głosem świętego Tomasza z Akwinu nie zrobi na swym duchownym oraz duchowym partnerze równie wstrząsającego wrażenia, co teraz?

Programista pojawił się w bocznych drzwiczkach pokoju. Z przodu habit miał mokry i poplamiony, i wyglądał na obrażonego. Była to zresztą jego naturalna reakcja na widok papieża. Przecież i on musiał być już od jutrzni świadom grożącej mu wizyty Bartolomeusa, i pewnie dlatego wyszedł właśnie teraz po kanapki, żeby okazać mu swe lekceważenie oraz niezależność; ale też śpieszył się z powrotem, by mu zwierzchnik za bardzo nie nabruździł w jego osobistych stosunkach z Middle Power Prophetic Computer - przez co potknął się i rozlał kawę.

- Niech będzie pochwalony - powiedział za niego Bartolomeus, obracając się lekko tam i sam na fotelu.

- Na wieki wieków - mruknął brat programista, i z jakiegoś powodu obraził się jeszcze bardziej.

Postawił tackę na pulpicie MPPC i odruchowo włączył dźwięk.

- Dzię... - zaczęła maszyna, ale Bartolomeus z właściwym sobie refleksem od razu i stanowczo wyłączył ją; reszta słowa, z rozpędu, ukazała się na ekranie. - "...kuję".

- Mówiłem już bratu kilkakrotnie - poszedł za ciosem papież - że komputer powinien zostać przeprogramowany. Ma przemawiać głosem nie budzącym erotycznych skojarzeń, a bardziej odpowiadającym miejscu, w którym się znajduje. Wojskowi, nasi poprzednicy, mogliby słuchać nawet tej zdziry - Panie, wybacz! - Clarissy van Delf - ale teraz to nie są koszary, tylko Stolica Apostolska! Rozumiemy się? Ile czasu potrzeba bratu na wykonanie polecenia?

- Co najmniej tydzień - odrzekł ponuro zakonnik nie odważając się na bardziej otwarty protest. - Sądzę, iż na Reminescere byłbym gotów...

- W porządku. Daję zatem bratu czas do jutra, wiem bowiem dobrze, że jeżeli zgodzę się na tydzień to pewna, iż rzecz nigdy nie zostanie zrobiona. Jutro po prymie skontroluję, jak się sprawy mają. A teraz proszę wprowadzić do urządzenia ten raport; pragnę poznać wszystkie domysły komputera na jego temat.

- To nie są domysły - burknął z goryczą brat programista, o którym już tylko MPPC pamiętał, iż jego zakonne imię brzmi Marek. - To są ścisłe prognozy, wysuwane przez maszynę na podstawie konfrontacji danych z satelitarnymi pomiarami gradientów pola morfogenetycznego - czegoś w rodzaju przyczynowo-skutkowej atmosfery otaczającej Ziemię.

- Wszystko jedno - zgodził się Bartolomeus. - Sądząc z zaprezentowanych mi przed chwilą możliwości, urządzenie to myli się niezbyt często - papież spojrzał wymownie na ciemną plamę na habicie Marka i dodał złośliwie. - Swoją drogą, mógłby brat być bardziej schludny!

Programista zacisnął zęby z chrześcijańską urazą w sercu, a maszyna trawiła raport, co przychodziło jej z wyraźnym trudem dla barokowej rozwlekłości stylu nuncjusza oraz kanciastych kulfonów sadzonych przez jego sekretarza.


- Odpowiedź proszę utajnić, tylko do mojej wiadomości - zdecydował Bartolomeus, gdy wszystko już było gotowe do maszynowego jasnowidzenia.

Ekran MPPC zgasł jak zdmuchnięty, a potem ukazał się na nim czerwony, gorejący napis: TOP SECRET. Komputer działał bezgłośnie, Bartolomeus stukał palcami w poręcz fotela, a brat Marek stał obok z rosnącą złością w sercu. Coś syknęło i z podajnika maszyny wypadła biała, zalakowana i opatrzona w rogu papieskim herbem koperta, zaadresowana jak następuje: Ojciec Święty Bartolomeus, w miejscu. Jako nadawca pisma figurował Middle Power Prophetic Computer.

- Dziękuję - powiedział papież nie wiedzieć czy do programisty, czy do urządzenia.

Wziął kopertę i wstał. W drzwiach obrócił się jeszcze.

- Jutro po prymie, bracie - przypomniał i wyszedł.

W swojej kwaterze rozciął kopertę i zaczął czytać.

Analiza raportu kardynała mniejszego, nuncjusza papieskiego w Autonomicznym Księstwie Hollywood, z dnia równonocy wiosennej.

    Dane wyjściowe: - w/w raport.

    - mapa nieboskłonu półkuli północnej, przedstawiająca stan zjawisk astronomicznych w trakcie opisywanych zdarzeń - ogólnie korzystny.

    - komputerowe horoskopy Osób uczestniczących w Zdarzeniach oraz mających bezpośredni wpływ na ich interpretację (uwagę zwraca ascendent w Marsie niejakiego G. R. Homera (prawdziwe nazwisko - Daniel C. Shapiro).

    - stopień napięcia w stosunkach dyplomatycznych pomiędzy Księstwami N. Watykanu i Hollywood w skali Reevesa-Stacciego - 10).

    Przyjęta metoda:- ekstrapolacja psychologiczo-porównawcza wielokrotnymi przybliżeniami.


Wynik: po trzykrotnym zastosowaniu programu jasnowidzącego, MPPC otrzymał następujące wnioski:

1. W Autonomicznym Księstwie Hollywood podjęto decyzję o zamachu na życie Waszej Świątobliwości. Stopień Pewności Jasnowidzenia - SPJ - 80%

2. Głównym decydentem wydaje się być oskar Hollywoodu, Akido Yazumi - SPJ 34%.

(Wyjaśnienie do pktu 2: niski SPJ wskazuje na użycie przez stronę przeciwną urządzenia antywizjonerskiego o mocy jasnowidząco-obliczeniowej porównywalnej z MPPC. Wskazuje to (z SPJ = 55%), iż za Akido Yazumi mogą kryć się inne siły. SPJ dla tezy, iż antyjasnowidzenie stanowi zasłonę dymną mającą sprawić wrażenie, iż owi "inni" mocodawcy istnieją - 68%).

3. Metoda zamachu: zleceniodawca zamówił u niejakiego Gaspara Romeo Homera, związanego na stałe z wytwórnią fanfilmową "Sony-Columbia-Mosfilm Pictures", kawalera, bezwyznaniowca, scenariusz na temat zamachu na Waszą Świątobliwość. Zleceniodawca liczy (z SPJ = 86%), że na podstawie tej pracy literackiej uda się przeprowadzić rzeczywisty, uwieńczony powodzeniem zamach. SPJ dla przyjętej metody - 75%. SPJ dla powodzenia akcji - 4%. (Próba jasnowidzenia prawdopodobieństwa, iż G.R. Homer stworzy scenariusz udanego zamachu nie powiodła się. Wniosek - prawdopodobieństwo mieści się w paśmie białego szumu informatycznego. Wniosek 2 - możliwość znikoma).

4. Osoba zamachowca: z SPJ równym 98% można twierdzić, iż decyzja nie została podjęta. Osoba zamachowca nieznana.

5. Czas zamachu: Wielki Tydzień (SPJ = 99,87%). Realne prawdopodobieństwo, iż Zamachowiec przybędzie jako pielgrzym - 89%.

6. Średni SPJ dla całości Analizy Raportu (już po uwzględnieniu poprawki Lorentza) wynosi 53%.

Analizę jasnowidzącą sporządzono na żądanie Jego Świątobliwości Bartolomeusa.

 
MPP Computer MPP Computer MPP Computer MPP Computer MPP

MPP Computer poleca usługi w zakresie jasnowidzenia ogólnego i specjalistycznego. (Istnieje możliwość podłączenia dowolnych przystawek ukierunkowujących). Stopień Jasnowidzenia dla wizjonerstwa ogólnego jest nie niższy, jak 70%. (Wyjątek: MPPC nie odpowiada na pytanie: "Czy istnieje Bóg?"). Skorzystaj z usług Middle Power Prophetic Computer - to najlepszy sposób poznania swego jutra!


Kiedy Gaspar zadzwonił do drzwi nuncjusza Ochoyi, zaległo za nimi podejrzane milczenie. Co prawda, cisza panowała tam już wcześniej, ale teraz wyraźnie dało się wyczuć, iż stała się głębsza i sztuczna, jakby kardynał mniejszy nawet przed sobą samym udawał, że nie ma go w domu. Gas nie rezygnował, choć też nie bardzo zdawał sobie sprawę z powodu swego uporu. Chciał wejść, i już.

Dzwonek u nuncjusza był staroświecki niczym w klasztorze, a wydawane przezeń rozpaczliwe dźwięki wywołały z jakichś odległych zakamarków Gasparowego mózgu dziwaczne słowo "nieszpór". Nie mógł sobie ani rusz przypomnieć, co ono oznacza, więc postanowił zapytać o to nuncjusza, gdy tylko ten zdecyduje się wreszcie ujawnić i otworzy drzwi. Dla przyśpieszenia tego momentu załomotał w nie pięścią.

- Hej, Martin! Otwieraj! Wiem, że tam jesteś! - zawołał Gas, chociaż wcale nie był pewny swego.

Za drzwiami coś skrzypnęło.

- Nareszcie - westchnął Gas.

- Odejdź, Szatanie! - powiedział Ochoya wewnątrz swej twierdzy. - Niechaj znak krzyża, który czynię, wypali ogniste znamię na twym plugawym ciele i duszy! Apage, Satanas!

- Zwariowałeś, Martin? - zainteresował się Gaspar. - Otwórz wreszcie! Przecież nie będziesz mnie egzorcyzmował przez drzwi; to chyba nawet mniej skuteczne!

Podwoje uchyliły się, a powstała szczelina urodziła kropidło, które w następnej chwili zmoczyło Homera od stóp do głów. Energicznemu wymachiwaniu towarzyszyły jakieś łacińskie okrzyki wojenne szalejącego za drzwiami nuncjusza.

- Auuu! - wrzasnął Gas niczym prawdziwy bies. - Ty rzeczywiście zwariowałeś! Jestem cały mokry!

- Acha! - ucieszył się kardynał Ochoya, a w szparze ukazało się jego płonące inkwizytorskim ogniem oko. - Pali cię, diable? No, to posmakuj jeszcze!

Oko zniknęło ustępując miejsca znanemu już Gasparowi kropidłu. Homer nie czekał na kolejny potop i uskoczył w bok, chowając się za zsypem na śmieci. Nie słysząc spodziewanych wrzasków, Ochoya powstrzymał obruszoną ulewę święconej wody i wystawiając głowę na zewnątrz otworzył szerzej drzwi. Blokady jednak nie zwalniał.

- Jesteś tam, zdrajco? Judaszu, wołam cię!

Na takie wezwanie Gaspar wychynął ostrożnie zza załomu ściany.

- Skąd wiesz..?

- My wiemy wszystko - nuncjusz gładko utożsamił się z wielowiekową mądrością Kościoła oraz przenikliwością MPP Computer, po czym dla poparcia swych słów wzniósł groźnie swój hydrauliczny oręż. - Także i to, że planujesz zamach na życie Ojca Świętego! Więc zgiń, przepadnij!

- Daj spokój, Martin! Przecież to tylko scenariusz filmu! - zawołał Gas uskakując ponownie przed gniewem kardynała. - To tylko show! Filmowa fikcja! Rozumiesz? A dla mnie ogromna szansa, gdyż mam pisać dla samego Moralesa, a to jest papież wśród reżyserów! Czy ty rozumiesz w ogóle, co to dla mnie znaczy?

- Wszystko to marność! - zawyrokował nuncjusz. - Marność i grzech. Każdy wasz film to obraza boska...

- Boga nie ma - przypomniał mu Gas nieśmiało.

- Nie ma!? - kardynał mniejszy, Martin Hernandes-Ochoya otworzył szeroko oczy oraz drzwi na oścież. - To wejdź i przekonaj się, że jest!

- Nareszcie - mruknął Gas; odruchowo strzepnął i obciągnął na sobie mokrą marynarkę. - Już myślałem, że zemrę tu na zapalenie płuc...

Kardynał Ochoya odsunął się z przejścia starając się nie dopuścić do tego, by Gaspar choćby tylko otarł się o niego. Kropidło nadal dzierżył wysoko niczym maczugę. Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby sama broń chemiczna nie wystarczyła i trzeba by było się uciec do bardziej konwencjonalnych metod, czyli zwyczajnie zdzielić grzesznika trzonkiem w łeb. Gas ocenił fachowym spojrzeniem grubość drzewca i widząc już oczyma duszy tę scenę w swoim filmie, powiedział:

- Odstaw, ojcze, ten prysznic. Inaczej nie wejdę.

Z wyraźnym żalem Ochoya zastosował się do polecenia i usunął jeszcze głębiej; podążający za nim Gas osłupiał. Prywatna kawalerka Martina Hernandesa-Ochoyi, nuncjusza papieskiego w Autonomicznym Księstwie Hollywood stanowiła fantomatyczną kopię Groty Narodzin z Kościoła Narodzenia Pańskiego w Betlehem. Miejsce samego aktu wyznaczała rozpostarta na marmurowej posadzce czternastoramienna srebrna gwiazda z otworem w centrum, w którym znajdował się święty olej. Ściany przybytku pokryte były ciemnoczerwoną draperią, ginącą pod ikonami oraz świecznikami i kadzielnicami charakterystycznymi dla obrządku bizantyńskiego. Niektóre z naczyń osiągały wielkości samowarów, dorównując im jednocześnie kształtem; pełgały w nich migotliwe światełka, a wokół rozchodził się zapach mirry i kadzidła.

- To jest Bóg - stwierdził nuncjusz Ochoya zataczając gestem krąg na tyle szeroki, by zmieściło się w nim wszystko - jego kawalerka, huczące apoplektycznym pośpiechem miasto oraz milczący wszechświat, którego jeden z elementów składowych stanowił także Gaspar Romeo Homer. - Czujesz Jego obecność? On tu jest, dotyka mnie...

- Mnie się chyba brzydzi - zaryzykował Gaspar. - A poza tym, kręci mnie w nosie od tego dymu. Zaraz będę kichał...

Zrezygnowany nuncjusz opuścił wzniesione po kaznodziejsku dłonie. Pstryknięciem palców wyłączył fantogram i misterne panopticum zniknęło bezgłośnie. Tylko dym kadzidlanych laseczek, tkwiących w butelkach po bezalkoholowym piwie, snuł się nadal pod okopcony sufit.

- Mogę usiąść?

Ochoya skinął głową i sam zgiął w paragraf swoje długie ciało siadając na pufie.

- Nie wiedziałem, że już ci donieśli... - zaczął Gas niezręcznie.

W budowanych wcześniej planach rozmowy w ogóle nie brał pod uwagę tego, iż nuncjusz może się dowiedzieć o temacie jego scenariusza. Trzeba więc było inaczej ruszyć głową. Ale jak? Postanowił spróbować szczerości.

- Chciałem cię prosić o skierowanie na Wielkanocną pielgrzymkę do Nowego Watykanu. Przecież odbywa się coś takiego co roku, prawda?

- Istotnie - potwierdził Ochoya zimno. - Ale organizuje się je dla ludzi wierzących, pragnących w czasie tego największego w naszym Kościele święta być wspólnie bliżej Boga - a nie dla morderców usiłujących zabić Ojca Świętego!

- Ależ ja nie mam zamiaru nikogo pozbawiać życia! - zdenerwował się Gas. - To tylko widowisko! Zresztą, wcale się jeszcze nie zdecydowałem, jakie będzie zakończenie. Chcę tylko przeprowadzić tak zwaną dokumentację, więc muszę zobaczyć Nowy Watykan, jego porządki, reguły, którymi się rządzi, jego...

- ...środki bezpieczeństwa - podpowiedział nuncjusz.

- Oczywiście, to też. Wszak akcja filmu skupiać się będzie na próbie ich pokonania.

- Filmu - powiedział z goryczą w głosie prałat. - Dla was nie ma nic ważniejszego ani świętszego od tej waszej pseudosztuki. A ponieważ kultura świecka żyje z naruszania dziesięciorga przykazań, tym bardziej ochoczo je łamiecie. Wasza "sztuka" nie mogłaby istnieć, gdyby ich nie było... Muszę ci odmówić - Ochoya wyprostował się zdecydowanie. - Miło się z tobą rozmawia, ale nie zmienia to faktu, że z naszych danych wynika, iż według twojego scenariusza ma być przygotowany i przeprowadzony rzeczywisty zamach - nie zaś kręcony film.

- Kto tak twierdzi?

- Maszyna jasnowidząca w Nowym Watykanie, dokąd przesłałem raport z przyjęcia u oskara. Z analizy jasno widać, w jakim celu nas ze sobą poznano oraz jakie są prawdziwe intencje Yazumi. W moich oczach rozgrzesza cię to, iż byłeś do tej pory nic nie wiedzącym narzędziem; teraz jednak już wiesz. Masz wolną wolę, którą obdarzył cię Bóg, i postąpisz jak uznasz za stosowne. Ja nie zamierzam ci w niczym pomagać. Sam pokierujesz swoimi krokami - w stronę prawdy i światła, albo grzechu oraz ciemności...

 Część 2

 Powrót do poprzedniej strony

copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon
puszon@uci.agh.edu.pl lub puszon@ggff.rpg.pl