|
Mirosław P. Jabłoński ELEKTRYCZNE BANANY - Bzdury! - zdenerwował się Gaspar. - Nie próbuj sztuczek z oddziaływaniem na podświadomość; to moja profesja. Jeżeli zaś chodzi o scenariusz, to nie mogę się wycofać - podpisałem umowę, wziąłem zaliczkę, a przede wszystkim - chcę to zrobić! Ta praca może zmienić całe moje życie. Także mojej dziewczyny.... Chyba wiesz, do cholery, kto to jest Morales, no nie? Siedzisz tu sobie jak u twojego Pana Boga za piecem, oglądasz wszystkie filmy i skoro szpiegujesz dla papieża, to przynajmniej powinieneś robić to rzetelnie. Żebyś dobrze zrozumiał stojącą przede mną szansę użyję porównania, pewnie bluźnierczego dla twoich uszu - Morales to mesjasz, zbawiciel kina, ja jestem jego apostołem, a moja dziewczyna, Tonia Atkins, to Maria Magdalena. Scenariusz zaś, to ewangelia według Gaspara! - Jaki jest tytuł twojej "ewangelii"? - "Ostatni kontrakt Judasza" - powiedział Gas z rozpędu zanim zdążył ugryźć się w język, i trochę zrzedła mu mina.
- Więc nie? - upewnił się Homer. - Nie. Nie przyłożyłbym do tego ręki nawet wówczas, gdyby istotnie miałby to być tylko kolejny bluźnierczy obraz. W świetle zaś naszych podejrzeń, no, to sam rozumiesz... - Okay - powiedział Gas wstając, choć nic nie było w porządku. - Będę musiał jakoś inaczej sobie poradzić. Martin Hernades-Ochoya wzruszył ramionami; nie widział żadnego powodu, by ratować ateistę przed brnięciem w grzech, który dla tamtego wcale nim nie był. - Chyba zrozumiesz, jeśli nie będę ci życzył powodzenia? - Jasne - mruknął Gaspar. Chcesz mieć włosy w kolorach tęczy? Jasne, że tak! Kup więc szampon z wyciągiem z kiełków zbóż marsjańskich! Sprawią one, iż twoja głowa przypominać będzie paletę impresjonistów. Spróbuj tego. Stań się inżynierem i artystą własnego wyglądu. Eksperymentując możesz otrzymać niepowtarzalną barwę lub układ kolorów. Opatentuj go lub sprzedaj firmie "Paint & Go", jedynemu producentowi szamponów z kiełków zbóż marsjańskich! Pamiętaj - tylko "Paint and Go"!
- Czołem, Wasza Świątobliwość - powiedział z nonszalancją MPPC. - Sprawy się nam komplikują. Musimy szczerze pogadać! Bartolomeus skrzywił się - bolała go ręka, którą jakiś czas temu walnął w ścianę, a dobry humor maszyny drażnił go. Swoje niezadowolenie pragnął wyładować na bracie programiście, ale ten jakby zapadł się pod ziemię. - O co chodzi? - zapytał papież. - Mówi się: co jest grane? - pouczył go MPPC. - Od wczoraj badam na bieżąco rozwój wypadków w Księstwie Hollywood i widzę, iż dzieje się tam coś niedobrego. Z powodu zagłuszania przez ich maszynę antyjasnowidzącą nie jestem w stanie w stu procentach powiedzieć co to takiego, ale strasznie się tam kotłuje. Dobrze by było może zdjąć już tę klątwę, ona także psuje mi szyki. - Dobrze, zdejmę - zgodził się potulnie Bartolomeus. - No! - ucieszył się komputer. - Fajny chłop z ciebie, Pop! Zaraz pójdzie łatwiej! Na razie wiem tyle, że szykują się tam dwa porwania spośród osób bezpośrednio lub pośrednio zaangażowanych w sprawę, co i tak nie zapobiegnie przygotowaniom do zamachu. Łatwiej byłoby mi działać, gdybym wiedział, co jest jego konkretną przyczyną, a tego nijak nie mogę dojść. Masz, stary, jakiś pomysł na ten temat?
- Phi! Też coś! - zdezawuował te domysły MPPC. - Różnice światopoglądowe! Też żeś, stary, wymyślił! Cóż to takiego? Ile to kosztuje? Nie, to nie to. To są głupstwa, a ja czuję, że tu idzie o gruby szmal. Jak nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. Zaraz... Komputer zamilkł, a przejęty do granic możliwości Bartolomeus wpatrywał się w niego niczym Mojżesz w krzak gorejący. - No, tak... - mruknął MPPC. - Nie mogła Wasza Świątobliwość od razu powiedzieć, że jesteście z oskarem Yazumi głównymi i jedynymi udziałowcami Shanghai-Opium Inc.?
- Zrobi się, szefie! - westchnął komputer. - Tylko spokój może nas uratować, jak powiedział mój poprzednik, kiedy odłączano mu zasilanie. - Teraz rozumiem - Yazumi pragnie przejąć całkowitą władzę nad Shanghai-Opium, w czym przeszkadza mu osoba Waszej Świątobliwości. Kontrolę nad tą firmą sprawujecie za pośrednictwem China Fruit Corp., będącą oficjalnie własnością jakichś dwóch wieśniaków brodzących po ryżowych poletkach z kawałkiem bambusa w ręku i nie mających o niczym pojęcia. Nawet o tym, kto i ile podatków płaci w ich imieniu. Sprytne to, ale gdyby oskarowi udało się załatwić Waszą Świątobliwość na amen, to stałby się właścicielem całości. Czy tak? - Tak - wyszeptał Bartolomeus, któremu się zdawało, że wraca brat Marek, a to echo grało. - Czy nie mógłbyś jednak wyrażać się z większym szacunkiem? Nie chodzi mi nawet o samą tytulaturę, ale moim zdaniem werbalizujesz myśli w sposób nazbyt kolokwialny! - Okay, szefie. Proszę zatem Waszą Świątobliwość, by ze swej strony zwracała się do mnie per Humphrey. Gra?
- Głowa do góry - pocieszył go MPPC. - Sytuacja jest zła, lecz nie beznadziejna. Martwi mnie ten Gaspar Romeo Homer; straciłem go z pola widzenia, bo na nim jest głównie skupione działanie ich Anty-MPPC. Czy my nie mamy tam kogoś na miejscu? Papież Bartolomeus udał głęboki namysł. - Można by spróbować poprosić o pomoc niejakiego Joe Gambino. To wpływowy facet... Chrzciłem jego dzieci. - Joe Gambino - komputer poszukiwał przez chwilę danych. - Mam. 43 lata, zamieszkały w Los Angeles, rasa biała, szef największej rodziny mafijnej na tym terenie... - Ale prawy katolik! - zaperzył się Bartolomeus. - Wierzący oraz praktykujący. Poza tym, hojny dla Kościoła... - W porządku. Ja nic nie mówię, sprawdzam tylko fakty. To ponad wszelką wątpliwość jest człowiek, jakiego nam teraz potrzeba. Nie mam na myśli jego kwalifikacji jako ministranta czy chórzysty, ale tak w ogóle... Wasza Świątobliwość wie, co chcę powiedzieć? Niech się Wasza Świątobliwość skontaktuje z nim i pogada. A teraz, szefie, jeśli nie ma więcej pytań, to musimy kończyć, bo wraca brat Marek. Zaraz tu będzie. Jak zwykle rozlał kawę i jest zły. Niech Wasza Świątobliwość pamięta, że ja ostrzegałem... Jak niepyszny, Bartolomeus wyniósł się chyłkiem do siebie. Miał dzisiaj wiele pracy, a myśli papieża Bartolomeusa mocniej absorbowała w tej chwili osoba Joe Gambino - capo di tutti capi rodzin mafijnych w Los Angeles, a jednocześnie jego druha serdecznego z jednej ławy w Yale. Pamiętał z tamtych czasów Joe Gambino jako skromnego, nieśmiałego nieco młodzieńca, mającego w związku z tymi ułomnościami charakteru znaczne trudności w nawiązywaniu bliższych kontaktów z uczynnymi dla innych jego rówieśników koleżankami. Joe od początku wiedział, jaki los jest mu w życiu pisany, gdyż był najstarszym synem Bataretty Gambino, jowialnego gangstera, który pnąc się wytrwale wzwyż przestępczej drabiny wyłamywał za sobą jej szczeble. Jego syn czuł się w związku z tym skazany i naznaczony - w każdej chwili dramatyczne okoliczności mogły zmusić go do przejęcia rodzinnego interesu, pozostawiając mu tylko tyle czasu na oswojenie się z nową rolą, ile trzeba na godne, katolickie pochowanie rodziciela. Stary Gambino trzymał się jednak mocno w siodle, w związku z czym Joe zdołał bez przeszkód skończyć studia. Ośmieliło go do tego stopnia, że zaraz po uroczystym wręczeniu dyplomów na wydziale ekonomiki rodzinnych przedsiębiorstw wdarł się do gabinetu swego promotora, doktor Jocelyn Svinsky i mimo interwencji usiłującej przeszkodzić mu w tym jej sekretarki, zgwałcił trzykrotnie uczoną, czemu ta nie opierała się w sposób nazbyt ostentacyjny. Sekretarka, Laura O`Donell, widząc ten przejaw niepohamowanej męskości zakochała się bez pamięci w Joe Gambino i postanowiła wyjść za mąż za ognistego absolwenta. Papa Gambino natychmiast wydał na nią wyrok, natomiast doktor Jocelyn Svinsky została korespondencyjnym konsultantem podatkowym Rodziny, z gażą 50 000$ rocznie. Jedyne, co miała robić za tę forsę, to trzymać przez cały rok buzię zamkniętą na kłódkę, natomiast otwierać swe ciało przed Joe Gambino raz do roku, w okresie rozdawania dyplomów kolejnym rocznikom absolwentów Yale. Uwierzywszy dzięki powyższemu w swą szczęśliwą gwiazdę, z zapałem świadczącym o wierze Joe`go w nieśmiertelność tatusia, począł młody Gambino organizować swą własną firmę konsultingową i - o dziwo - od razu przebił się na rynku, zdobywając poważnych klientów. Zasługę w tym miało po równi opracowanie przez Joe`go skróconych tablic szacunkowych modułu kappa, istotnego przy przewidywaniu rozwoju średnich oraz dużych przedsiębiorstw, co i naciski taty Gambino na owe "biznesy" - które nadal chciały być średnie i duże, a nawet jeszcze większe - by korzystały z porad ekonomicznych w sposób zapewniający temu ostatniemu zwrot kosztów poniesionych na gruntowne wykształcenie syna. Nakłady owe zwracały się nadspodziewanie szybko, co było spowodowane ekspansywnością rodziny Gambino. Aż nagle - Bartolomeus pamiętał jak dziś, że był podówczas w seminarium - doszła go wieść o nagłym zgonie Bataretty Gambino. Jego wrogowie, klan Szi Wai, podeszli go z najmniej oczekiwanej strony, choć - jak to zwykle w podobnych momentach bywa - wykorzystując bezbłędnie jedną z jego słabości, jaką stanowiło karmienie wiewiórek. Szi Wai wyhodowali mutanta, wiewiórkę-mordercę, która niczego nie podejrzewającego, ufnie wyciągającego w jej stronę dłoń z orzeszkiem laskowym gangstera rozszarpała na sztuki na oczach siedemnastu zaskoczonych goryli obawiających się strzelać do tak małego i ruchliwego celu, miotającego się po ciele ich pryncypała. Stary don Gambino zginął straszną, niehonorową śmiercią, której hańbę mógł tylko zmyć zmasowany atak żołnierzy Rodziny na Chinatown. Kiedy po dwóch latach odbudowano z gruzów dzielnicę okazało się, iż przekazana Joe`mu w spadku wojna nie wygasła - klan Szi Wai powstał z popiołów wraz z całymi kwartałami domów, jakby dla udokumentowania obiegowego sądu o chińskiej wytrwałości. Oprócz tej cnoty, Szi Wai odznaczali się jeszcze niepospolitą, wschodnią mściwością i nowy don Gambino pluł sobie teraz w brodę, że dla lukratywnych kontraktów zaangażował był legalne przedsiębiorstwa budowlane Rodziny w odbudowę wrażej twierdzy. Błąd był - przynajmniej na razie - nie do naprawienia, gdyż ponowne zrujnowanie Chinatown pociągnęłoby za sobą finansową klęskę Gambino - enklawa Los Angeles nie wywiązała się jeszcze wobec niego ze swych płatności. Joe, który dzięki pomyślnemu ukończeniu studiów stał się człowiekiem pogodnym i radosnym, teraz zamknął się w sobie, schudł i sczerniał ze zgryzoty. Bał się, a jego obawy zdawały się potwierdzać na każdym kroku - oto na trawniku przed rodzinną fortecą ogrodnik wytropił przypadkowo i zniszczył napalmem oddział tresowanych, zmutowanych mrówek, które raziły przeciwnika currarą. Pięć dni później niesiony beztrosko wiatrem liść uderzył o mur rezydencji, czyniąc w niej półtorametrowej głębokości wyłom - wybuch zniósł z powierzchni ziemi domek ogrodnika z bohaterem w środku. Niedługo potem nenufary królewskie wciągnęły pod wodę i utopiły młodszego brata Joe`go, Nico, który dowodził atakiem na Chinatown; jak na ironię śmierć dopadła go w tak zwanym chińskim ogródku. Eksterminacja nenufarów przy pomocy stężonych herbicydów nie powiodła się - dopiero całkowite spuszczenie wody z sadzawki pozwoliło na wejście tam drużyny drwali z piłami spalinowymi i uwolnienie ciała nieszczęsnego Nica. Wojna stawała się wyczerpująca, skryta, coraz bardziej cicha i wysublimowana, a przez to straszniejsza, gdyż wróg przekuwał na swój oręż codzienność. Był podstępny i nieuchwytny, a swoim dyskretnym, wyniszczającym i permanentnym napięciem paraliżował wolę obrony człowieka nie nawykłego do wschodniej kultury. Toteż niedawny, rakietowy atak śmigłowców na apartament swej kochanki, Sheili Murphy, Gambino przyjął niemal z ulgą - jak coś normalnego i dobrze znanego. Niestety - szybko okazało się, iż był on dziełem kogoś trzeciego; chociaż kogo, tego na razie nie było wiadomo. Wobec takiej bezceremonialności intruza, wcinającego się pomiędzy wódkę a zakąskę, honorowy klan Szi Wai uznał za właściwe zawiesić na jakiś czas działania wojenne, by pozwolić don Gambino na uporządkowanie jego spraw prywatnych. Nocne ataki nietoperzy miotających od góry na twierdzę kwas molekularny, czy dzienne rajdy szczurów kruszących od dołu żelazo-beton diamentowymi zębami osadzonymi w szczękach ze stali chromo-wanadowej ustały nagle jak ręką odjął. Nawet bambusowe zarośla, które wzorem lasu Birnam zbliżały się nieustannie do twierdzy, otaczając ją szczelnym kordonem pomimo nieprzerwanej pracy miotaczy ognia (od czego średnioroczna temperatura w okolicy podniosła się o dwa stopnie), zatrzymały się nagle rosnąc spokojnie i przyzwoicie w jednym miejscu, jakby nieprawdą było, że wcześniej pochłonęły bez śladu trzech najodważniejszych i najlepszych żołnierzy Rodziny - śmiałków usiłujących przy pomocy laserowych maczet utrzymać lądowe połączenie warowni z resztą miasta. Gambino był tak zadowolony z zawieszenia broni, że początkowo nie śpieszył się zbytnio z wykryciem sprawców ataku na apartament Sheili, pokładając nadzieję w przysłowiowej wręcz cierpliwości dotychczasowego przeciwnika. W takim właśnie był stanie ducha, kiedy do jego nadgryzionej górą i spodem willi dotarł kodowany przekaz satelitarny. Po sprawdzeniu miejsca nadania, Gambino włączył fantax.
- Bądź błogosławiony, Ojcze Święty - odparł z szacunkiem Gambino walcząc przez chwilę z pokusą przypadnięcia do upierścienionej dłoni gościa, zanim pojął bezcelowość oraz bezowocność podobnego postępku. - Czym mogę służyć Jego Świątobliwości? - Daj spokój, Joe - skrzywił się Bartolomeus. - Kiedy się poznaliśmy, mówiłeś mi po prostu Josh.
Don Gambino nic na to nie odrzekł, tylko splótł na brzuchu szczupłe dłonie. Wiedział, czego Bartolomeus może chcieć od niego, ale w żaden sposób nie zamierzał mu niczego ułatwiać. Były pewne sprawy; ostatnio nie rozstali się w największej zgodzie. - Wiesz zapewne, o co mi chodzi - westchnął gość. - Ktoś tutaj szykuje na mnie zamach. Niejaki Gaspar Romeo Homer, podrzędny scenarzysta, podjął się napisać za judaszowe srebrniki skrypt, podług którego rozegrać się mają rzeczywiste - nie filmowe - wypadki. To pionek, ale może należałoby się nim zająć? Jak myślisz? Ty masz, zdaje się, pewne stosunki w środowisku filmowym? Gambino skinął głową; istotnie, miał niezaprzeczalnie stosunki z Sheilą Murphy i tylko czekał, czy Bartolomeus powie coś na temat wierności małżeńskiej. Papież milczał dyplomatycznie. - Chcą mnie zabić - westchnął ponownie, tym razem bardziej rozdzierająco. - To okropne!
- Na pewno trafisz do raju - pocieszył strapionego Bartolomeusa. - Jesteś przecież święty. Ze mną gorsza sprawa... Przez chwilę papież siedział milczący i nieporuszony. Zastanawiał się, czy przez don Gambino, jego druha serdecznego z uniwersyteckiej ławy przemawia ironia, złośliwość czy tylko obojętność? Na wszelki wypadek przyjął, że wszystko na raz. - Hm - mruknął przełamując wewnętrzne opory, nie pozwalające mu się upokorzyć przed zwykłym przecież gangsterem; doszedł jednak do wniosku, że jego życie - dla dobra Kościoła, rzecz prosta! - warte jest drobnego poświęcenia. - Wiesz, Joe, jeżeli chodzi o tę ostatnią sprawę, to ja... ten... wiesz...
- No, przepraszam, do cholery! - wybuchnął papież. - Teraz jesteś zadowolony, sukinsynu?! - Owszem - don Gambino skinął energicznie głową. - Nie lubię nieporozumień wśród kolegów. A co do zamachu to wiem, iż szykuje się na ciebie ta azjatycka pijawa, oskar Yazumi. Podobno macie wspólne interesy, co? A mówiły jaskółki, że najgorsze są spółki! - Wiedziałeś o tym? - z tonu Jego Świątobliwości przebijała gorycz. - Wiedziałeś i nie ostrzegłeś mnie? To grzech niewyobrażalny... - Powiedzmy, że nie rozstaliśmy się ostatnio w przyjaźni - przypomniał mu Gambino. - Poza tym, sam mam spore problemy. A propos, nie znasz czasem jakiegoś dobrego wojskowego genetyka? Mieliście wszak kontakty z NATO? Dobrze zapłacę - i tobie, i jemu.
- Ty też możesz to zrobić - osadził papieża Joe. - To by nawet nieźle brzmiało, posłuchaj tylko: "Papież Bartolomeus poszukuje człowieka do specjalnych poruczeń. Wiadomość: Nowy Watykan, w każdą niedzielę po sumie." I co ty na to? Mógłbyś zresztą sam załatwiać takie sprawy, wspomnij na swych wielkich poprzedników, choćby na niejakiego Aleksandra VI z rodu Borgiów... Bartolomeus przymknął oczy. Policzył do dziesięciu, podczas gdy Gambino dłubał w zębach. - Zostawmy to - powiedział z chrześcijańską gotowością do pojednania papież. - Wybaczmy sobie nawzajem grzechy nasze oraz naszych przodków i poprzedników. Chcę wiedzieć jedno - pomożecie? Mam na myśli ciebie i twoją Rodzinę. Pamiętasz chyba, że chrzciłem twoje dzieci? - A ty, Josh, pamiętasz mam nadzieję, że ci za to zapłaciłem, no nie? Zresztą dobra! Pomożemy! Ale będzie cię to sporo kosztowało. Nie, nie w pieniądzach, wiem żeś chytry; po prostu przysługa za przysługę. Sam zobaczysz, co to będzie. Zresztą, niczego nie obiecuję. Pożyjemy, zobaczymy... Papież odetchnął z ulgą; z doświadczenia wiedział, iż jego kamrat Gambino może zażądać indywidualnej ekskomuniki dla jakiegoś rywala w interesach, albo absolutnego odpuszczenia grzechów dla siebie. - Zgoda - powiedział. - Informuj mnie na bieżąco o wydarzeniach. I zniknął. Gambino zatarł z ukontentowania ręce, nie powiedział bowiem swemu dawnemu spowiednikowi najważniejszego: że wróg Bartolomeusa jest ich wspólnym nieprzyjacielem, gdyż niedawno przekonał się, że za nieudanym nocnym atakiem śmigłowców krył się Akido Yazumi. Joe nie wiedział jeszcze, dlaczego oskar rozpoczął swoją akcję mającą na celu zgładzenie papieża od rakietowo-artyleryjskiego ostrzału jego i Sheili gniazdka miłości, ale i tego dowie się w swoim czasie, jeżeli tylko klan Szi Wai zostawi mu odpowiednio dużo czasu. A gdy już pozna prawdę, to załatwi tego japońskiego gnojka z tym większą przyjemnością, iż Bartolomeus zapłaci mu za to, co i tak zrobiłby za darmo. I to drogo zapłaci! Jego Świątobliwość nawet nie przypuszcza, jak wielkie są apetyty Joe Gambino, jego druha serdecznego z uniwersyteckiej ławy.
John Demianowicz Wasilko obejrzał tonącą w zieleni okolicę, budynek z zewnątrz i od środka - i spodobało mu się. Podpisał umowę, zapłacił i wtedy dopiero zaczęły się jego kłopoty - posesja obok okazała się być rezydencją rodziny Gambino, zaś dzielnica - podobnie jak Ocean - spokojna była tylko wtedy, gdy Wielki Joe nie prowadził jakiejś mafijnej wojny. Nie raz i nie dwa jasnowidzący Wasilko zmuszony był w popłochu opuszczać swe domostwo, obudzony przez silne przeczucie wiszącej nad nim katastrofy, i kryć się w parku aż do rana, kiedy to działania wojenne z reguły ucichały. Prekognizja w rodzinie Wasilki dziedziczna była po mieczu, a pierwszy raz ujawniła się w 1923 roku u jego pradziada, Wasyla Wasylewicza Wasilki, gdy do mieszkania antenata w Saratowie nad Wołgą zapukała w nocy CzeKa. - Czy tu mieszka Wasilij Wasiljewicz Wasilko? - zapytał zaciągając śpiewnie zza drzwi głęboki, cerkiewny bas. - Niet - odparł tknięty złym przeczuciem pradziad i wyskoczył przez okno; a owo wrażenie czającego się za jego plecami nieszczęścia podążało za nim cały czas i opuściło go dopiero na nabrzeżu portowym w Nowym Jorku, gdzie wysiadł po długim rejsie z Odessy. Pradziad Wasilko pozostawił był w Saratowie żonę oraz dzieci, ale nigdy nie dowiedział się niczego o ich losie. Po jakimś czasie, w myśl królującej w jego nowej ojczyźnie zasady "New life, new wife", ożenił się i spłodził nowe dzieci, spośród których synowie byli tak jak i on obdarzeni zdolnością jasnowidzenia.
Wielki Joe wstał ze skórzanego fotela, postąpił krok naprzód i rozwarł szeroko ramiona. Na Johnie Demianowiczu ścierpła skóra, ale mężnie dał się pochwycić w objęcia i sam przytulił się do ojca chrzestnego. Strach opuścił go na chwilę; ośmielił się nawet tak dalece, że lekkimi poklepywaniami po plecach Gambino odpowiadał na takie same czułości z jego strony. Wreszcie tamten odsunął go od siebie na wyciągnięcie ramion i przyjrzał się zestresowanemu gościowi równie badawczo, co synowi marnotrawnemu wracającemu pod rodzicielskie skrzydła bez grosza przy duszy. - No co, Wasziłko, znowu się spotykamy?!
Tej nocy Wasilce śniło się, iż walczył z boa dusicielem - teraz już wiedział, dlaczego. Sekretarz czy też goryl Gambino, człowiek, którego John Demianowicz bał się najbardziej na świecie, nalał mu czerwone wino do kryształowego kieliszka. - Za naszą pomyślność - zaproponował Joe. Wasilko upił łyk trunku ze wstrzemięźliwością godną buddyjskiego mnicha. - Śmiało - zachęcił go z uśmiechem Gambino. - To sycylijskie wino z plantacji mego wuja. Takiego nie zatruwam...
Wielki Joe natomiast, w towarzystwie trzech ochroniarzy, wybrał się z niezapowiedzianą wizytą do nuncjusza Ochoyi. Nie znał jeszcze osobiście purpurata, ale zwyczajem katolickiego kraju swych przodków nie szedł z pustymi rękami - miał dla nuncjusza i gałązkę oliwną, i miecz - na wypadek, gdyby okazało się, że ów rzeczywiście coś knuje przeciwko Bartolomeusowi. Gambino, człowiek wierzący tradycyjnie, a zatem przywiązany jedynie do symboli kultu, co droższe mu były od Istoty jaką reprezentowały, przekonany był mocno, iż awans w hierarchii kościelnej osiąga się tymi samymi metodami, które królują w jego środowisku. Z tego też względu spiskowanie Ochoyi z Homerem nie wydało mu się wcale niemożliwe. Kiedy jego goryl zadzwonił do drzwi mieszkania nuncjusza, Gaspar kończył właśnie upodobniać się do nieobecnego gospodarza. Za półtorej godziny miał samolot do Europejskich Enklaw Ekonomicznych i nic nie było mu bardziej nie na rękę, jak czyjeś odwiedziny. Kiedy w dodatku na ekranie wizjera zobaczył, kogo to bogi przywiały w jego progi, przeżegnał się odruchowo zapominając, że jest ateistą, po czym pożegnał się z życiem. Chociaż nie znał historii Wasyla Wasylewicza Wasilki, to podobnie jak on w 23 roku zapragnął momentalnie wyskoczyć przez okno - kłopot jednak leżał w proporcjach, bowiem na początku zeszłego wieku zabudowę Saratowa nad Wołgą stanowiły przeważnie jednopiętrowe domy, podczas gdy kawalerka Ochoyi znajdowała się, marnie licząc, dwieście metrów nad ziemią. Gaspar omiótł czujnym spojrzeniem mieszkanie i zdrętwiał - na tapczanie leżała otwarta walizka pełna rozmaitej broni, jaką wypożyczył był z rekwizytorni wytwórni filmowej. Przy pomocy tych gadżetów zamierzał sprawdzić możliwość przemycenia śmiercionośnego żelastwa w pobliże samego Bartolomeusa. Przekonany, iż trzymanie bandy Gambino za drzwiami nie rozwiąże na dłuższą metę jego problemów, a tylko je skomplikuje - zwłaszcza jeśli wspomnieć na to, co zastał po ich wizycie w swoim własnym domu - Gaspar "zażył śmiałości jako lew nielękliwy" i zdecydował się otworzyć. - Kto tam? - zapytał, żeby zyskać na czasie. - Joe Gambino - odparł Joe Gambino. - Chciałbym porozmawiać chwilę z księdzem kardynałem. - Czy to ważne? Nie spowiadam o tej porze... Mówiąc te słowa Gas zaczął otwierać drzwi, by okazać swą dobrą wolę oraz dlatego, iż głos zapiał mu nieco ze zdenerwowania. Poruszając się krótkimi skokami i zachowując niczym żołnierze zdobywający miasto metodą dom po domu, najpierw wtargnęli trzej goryle. Dopiero kiedy drobiazgowo sprawdzili całe mikroskopijne wnętrze kawalerki, podparli plecami trzy ściany pokoju, okno pozostawiając dlaczegoś niepilnowane. Gas starał się na nie nawet nie patrzeć. - Nie znamy się jeszcze - Gambino wkroczył do pokoju i wyciągnął na powitanie dłoń. - Ładnie ksiądz mieszka, choć trochę ciasno. Mogę usiąść? - Oczywiście - Gaspar przełknął ślinę i zakrzątnął się nerwowo czyniąc honory domu. Sutanna plątała mu się między nogami, a on zastanawiał się jednocześnie nad tym, czy wyjdzie cało z tych nieprzewidzianych opałów, i czego może chcieć ten zbir Gambino oraz jak ta scena będzie wyglądać w scenariuszu (trzeba koniecznie dodać jakieś perypetie wokół pełnej broni walizki, zanotował w myśli), a wreszcie radował się z tak niesłychanie prawdziwego climaxu w filmie. Gambino, człowiek niejednego interesu, postanowił zacząć od wyciągnięcia gałązki oliwnej. - Nie sądzę, by ksiądz kardynał wiedział, iż jestem przyjacielem papieża Bartolomeusa. Bardzo dobrym przyjacielem - podkreślił z naciskiem, który Gasa wprawił w nerwowy dygot; scenarzysta zastanawiał się rozpaczliwie, co powinien odpowiedzieć na takie dictum.
Gambino skinął głową i przymknął oczy; sięgnął przy tym do wewnętrznej kieszeni marynarki. "Teraz - przeleciało przez głowę Gaspara Romeo Homera. - Teraz mnie rozwali!" Omal się nie roześmiał na widok białej, pękatej koperty, którą mafioso wyjął zamiast spodziewanej broni. - Wiem, że nasz Święty Kościół - ciągnął z namaszczeniem Joe - a także ksiądz kardynał osobiście, przeżywa pewne trudności. Chciałbym zatem wspomóc pańskie zbożne działania, w związku z czym pozwolę sobie wręczyć stosowną ofiarę... - Stokrotne dzięki, synu - powiedział Gas ochłonąwszy. - Twoja troska o jedynie słuszną wiarę, oraz twój czyn, przynoszą ci chlubę. Gdyby inni myśleli podobnie, inaczej wyglądałby świat! Wspomnę Ojcu Świętemu o godnej pochwały postawie jego przyjaciela. - Pozdrów go księże kardynale, pozdrów serdecznie od jego druha Joe "Big" Gambino. On się ucieszy. Gaspar odetchnął z ulgą - a więc tylko o to chodziło, o zwykły kurtuazyjny gest. Z radości nie pomyślał nawet, skąd mafioso wie o jego wyprawie do Nowego Watykanu - wszak prawdziwy nuncjusz Ochoya nie wybierał się tam wcale. - Złóż mu najserdeczniejsze życzenia świąteczne, księże kardynale - kontynuował Gambino spokojnie; tym spokojniej, iż był doskonale świadom, o której jego rozmówca ma lot. - Szczególnie życz mu dobrego zdrowia i wielu lat życia! - Zrobię wszystko, by oddać pańską troskę o jego pomyślność - zapewnił "nuncjusz" spoglądając ostentacyjnie na zegarek. - Właśnie - troska! - ożywił się Gambino; otworzył szeroko oczy i wzrokiem głodnego krogulca zapatrzył się na Gasa, któremu serce najpierw załopotało, a potem stanęło nagle w piersi. - Chciałbym przy okazji zapytać księdza, co go łączy z niejakim Gasparem Romeo Homerem, podrzędnym scenarzystą filmowym? Zna go ksiądz dobrze? Gaspar Romeo Homer, podrzędny scenarzysta filmowy, zapragnął z całej duszy nie mieć o sobie samym najmniejszego pojęcia. Odruchowo chciał się wyprzeć jakiejkolwiek znajomości, ale w erupcji wywołanego przez instynkt samozachowawczy jasnowidzenia zdołał się w ostatniej chwili opamiętać - skoro mafioso pytał o taką rzecz, to najpewniej znał skądś odpowiedź, albo przynajmniej się jej domyślał. Serce Gasa ruszyło ze zdwojoną energią i przed oczyma Wielkiego Joe duchowny pokraśniał niczym piwonia.
- Dlaczego? - zapytał don Gambino przekonany, że zapłacił dostatecznie dużo, by należała mu się odpowiedź. - Czyż nie jest obowiązkiem księdza kardynała zajmować się zbłąkanymi owieczkami? - To bezbożnik, a nie owieczka! - Gas wybuchnął pod swoim adresem świętym oburzeniem. - Czy dasz wiarę synu, że pod pozorem pisania scenariusza jakiegoś tam filmidła ma on stworzyć plan zamachu na Ojca Świętego? A kiedy otworzyłem mu oczy na fakt, iż jest narzędziem w ręku szatana, podły ten człowiek wyśmiał moje obawy, potem stwierdził, iż kariera jest dlań droższa ponad wszystko inne, a wreszcie poprosił mnie o pomoc! Uwierzysz, synu?! Mnie, kardynała!!! A poza tym, on nie należy do mojej parafii. - I co mu ksiądz odpowiedział? W imieniu nieobecnego nuncjusza Gaspar Romeo Homer zamrugał w zdumieniu oczami i przeżegnał się dochodząc w tej chwili do wniosku, iż minął się z powołaniem - powinien był zostać reżyserem grającym we własnych filmach. - I ty też, synu? - zapytał. - Ty także powątpiewasz we mnie i uważasz, iż mógłbym dać inną odpowiedź ponad tę, by ze wzgardą odrzucić podobną niegodziwość?! Czy ty także... - Przepraszam - burknął Gambino przerywając ten potok oburzenia Homerowego. - Tak tylko zapytałem... W końcu najwięksi zapierali się swego Pana, vide apostoł Piotr... Ale co było dalej? - Nic - Gaspar wzruszył ramionami. - Nie widziałem już więcej tego złego człowieka... Jeżeli w ogóle można go nazwać człowiekiem! To bestia, ot co! - A nie wie ksiądz czasem, gdzie by go można było znaleźć? - indagował mafioso bez specjalnej nadziei, że trafi tą drogą na wymykającego mu się wciąż scenarzystę. - O to nie mnie należy pytać - odrzekł Gaspar z niespodziewaną trafnością sądu - tylko oskara Yazumi albo tę jego charakteryzatorkę grającą w sprośnych filmach i żyjącą z nim bez sakramentu ślubu! Słyszałem też - dodał szarżując - że ostatnio interesował się niejaką Sheilą Murphy, także występującą w obscenicznych obrazach... - Taaak... - powiedział złowieszczo don Gambino podrażniony w ten niewyszukany sposób. - A co ksiądz kardynał powie na to, że w wizji mego syna Vincence, którego chrzcił sam Ojciec Święty (jak zresztą wszystkie moje oficjalne dzieci), działa ksiądz ręka w rękę z tym gryzipiórem? Patrząc głęboko w oczy Gasa, Wielki Joe przysunął do siebie kopertę z "ofiarą".
- Sugeruje ksiądz - syknął Joe - że mój biedny Vincence... - Skończmy tę rozmowę! - rzekł energicznie Homer wstając. Schował kopertę z pieniędzmi do specjalnej, wewnętrznej kieszeni sutanny i przygładził przyodziewek. - To do niczego, mój synu, nie prowadzi - kontynuował zbierając manatki, wkładając czarny, żałobny kapelusz, uganiając się za czarnymi rękawiczkami, ustawiając obok siebie w wojskowym ordynku walizki - od najmniejszego nesesera po wielką, wypchaną wszelką bronią walizę z miechami - modląc się, by nie otwarła się sama z siebie niczym w kiepskim filmie, zadając w ten sposób definitywnie kłam jego następnym, słowom. - Nie planowałem, nie planuję i nie będę planował zamachu na życie Jego Świątobliwości Bartolomeusa. Nie widzę też powodu, by tłumaczyć się z tego przed kimkolwiek postronnym; uczyniłem ten wyjątek wyłącznie dla ciebie, synu, jedynie przez wzgląd na łączące cię z Ojcem Świętym więzy przyjaźni. Wierzę, że jego dobro szczerze leży ci na sercu i rozumiem, iż tym były spowodowane twe pytania oraz niewybredne - że użyję tego słowa - insynuacje pod moim adresem. A teraz, jako że zabrałeś mi wiele czasu, odwieź mnie na lotnisko, abym mógł przekazać osobiście papieżowi Bartolomeusowi jak bardzo troszczysz się o jego życie! Kończąc tę tyradę Gaspar miał już na grzbiecie czarną jesionkę i stanął nieruchomo, a wyniośle, opierając złączone dłonie na rączce również czarnego parasola; w ten sposób dawał jasno do zrozumienia, iż uważa za oczywiste, że wyniesienie bagaży należy do goryli Gambino. Co też się stało. Trzeci z rosłych facetów ugiął się nieco pod największym sakwojażem i stęknął. - To są brewiarze do poświęcenia - wyjaśnił Gas sprawdzając po trzy razy czy dobrze zamknął drzwi, chociaż i tak można je było wybić wraz z futryną jednym kopniakiem. "Nuncjusz" z pełnymi honorami odwieziony został na lotnisko Inglewood w samą porę by dokonać odprawy paszportowej - jako dyplomaty najbardziej pokojowego księstwa na świecie nie dotyczyły go korowody z celnikami, choć ci, widząc jego eskortę, zdradzali wyraźną ochotę, by mu zajrzeć tu i ówdzie. Dopiero po drugiej stronie bariery Gas miał okazję odsapnąć i otrzeć pot z czoła. Dygotał cały wewnątrz, więc zaciskał zęby, żeby nie dzwonić nimi na całą poczekalnię. Nie wiedział, że właśnie w tej chwili na powracającego do swej fortecy Wielkiego Joe czekała niespodzianka w postaci genetyka z ogłoszenia. Genetyk był mały i łaciaty - niestarannością swej postury przypominał monstrum Frankensteina czy niechlujnie zszytą piłkę do rugby - gdzieniegdzie odstawała na nim skóra łuszcząc się płatami, a miejscami błyszczała napięta jakby jej nieco brakowało. W tych partiach była ohydnie niemowlęco różowa - niczym odrost po oparzeniu czy transplantacji. O jego indochińskiej przeszłości dobitnie świadczyło to, że w większości był żółty i jedno oko miał skośne. - Pan Joe "Big" Gambino? - zapytał. - Przysłano mnie tutaj z baru u Freda. - Tak, to ja - potwierdził na swoje nieszczęście Joe, który nie znał anegdoty o pradziadzie Wasilki z Saratowa nad Wołgą. - Masz jakieś referencje? - Mam! - wrzasnął "genetyk". - Od samego oskara Yazumi! Po czym przyskoczył do don Gambino i mimo tego, iż obstawa wpakowała mu w plecy kilka magazynków pocisków kalibru czterdzieści pięć, odgryzł Wielkiemu Joe głowę, a w chwilę potem eksplodował, zabijając resztę obecnych. Jasnowidzący Wasilko powrócił do domu, kiedy przeczytał o tym zdarzeniu w "Bahama News Report". Od razu przekonał się, że wcześniejsze przeczucie nie omyliło go - na poduszce swego łóżka znalazł kastet, który wymieciony podmuchem z sąsiedniej posesji rozbił okno i byłby mu strzaskał głowę, gdyby nie był jej wywiózł wcześniej na wyspy. Nie chcąc zwracać na siebie nadmiernej uwagi, ani tym bardziej przeszkadzać pogrążonej w żałobie Rodzinie zmarłego, nie poszedł zwrócić go do nieco zrujnowanej willi w sąsiedztwie, tylko ukrył w piwnicy, a po krótkim namyśle spakował resztę swych rzeczy i wyprowadził się do hotelu z mocnym postanowieniem wystawienia domu na sprzedaż. Egzorcyzmy - zbiorowe i indywidualne. Całodobowe pogotowie autoryzowane przez Nowy Watykan. Licencjonowani egzorcyści wypędzą z ciebie każdego złego ducha. Dzwoń, gdy tylko poczujesz, że jesteś napastowany przez Szatana. Pamiętaj! Potem może już być za późno. Tanio, szybko, solidnie! Roczna gwarancja! Fantax towarzyski 666 (prosić ze spółką "Exortex").
copyright (c) by: Michał Stachyra aka Puszon |